USA 1993/94: Cztery Pory w Raju: 13 Żarłoczne uda

Z butelek ukrytych w torebkach z szarego, lakierowanego papieru popijaliśmy błąkając się na azymut w kierunku południowej części wyspy. Świętowałem. Nadejście weekendu było dla mnie nowym rodzajem święta, a palenie od Jamajców z Washington Square Park tylko potęgowało mój podziw dla życia. Dorota dołączyła do nas gdzieś po drodze. Trzymała żeński fason zachowując kontakt z rzeczywistością, podczas gdy my, już na pełnej pycie, czerpaliśmy z ożywczego źródła wolności. Nie tej, za którą uważa się eksportowy produkt amerykańskiego hiperidealizmu lecz tej, którą oferuje obecność w innym święcie, świecie ogromnym, odległym, anonimowym. W zasadzie każdy róg ulicy, każdy skwer, wnęka opanowana przez ulicznych grajków mogła stać się ulicznym klubem z muzyką na żywo. W każdym z tych miejsc można było spędzić resztę wieczoru, kiwając się w rytm dudnienia pustych kubłów po farbie. Słuchałem a Paluch rechotał. Rozpierała go duma dyrygenta przypisującego sobie odpowiedzialność za zbiegi okoliczności, za palenie i za to, co w głowie potrafi nawyrabiać, za zgromadzenia grajków, za Amerykę, za to, że nas zasysa atmosferą ulicznych spektakli. Potem wyciągał mnie za ramię albo wywoływał z tłumu gapiów, tyle jeszcze było przed nami. Murzyńskie dzieci popalające w sześciodrzwiowej limuzynie. Błagalne wieszaki żebraczych ramion przy wejściach do stacji metra. Dziwki, co okładając się torebkami rwały sobie włosy z głowy i tłum gapiów rechoczący, obojętny. Lanserstwo, cinkciarstwo, bieda. Mieszkańcy, turyści, przechodnie. Stojąc przed wejściem do stacji na Szóstej Alei przyglądaliśmy się lazurowo błękitnym sylwetkom wież World Trade Center. Jaśniały na tle nocnego nieba górując nad południowym Manhattanem niczym pomnik przepowiedni o miastach z przyszłości.
Path Train łączy Manhattan z kontynentem. Grupy powracające z nocnych imprez tłoczyły się jak zwykle na stacji przesiadkowej w oczekiwaniu na pociąg do Newarku. Kołysaliśmy się pijani zasypiając na stojąco. Pomimo totalnej bani podróż do Harrison minęła mi na czuwaniu. Za to Paluch spał jak zabity. Szarpałem go gdy pociąg zatrzymał się na stacjiBezproduktywna utrata kalorii. Opędzał się wymachując chudymi rękami i bełkotał przy tym mizernie. Dźwięk sygnalizujący kolejną próbę zamknięcia drzwi wagonu, z finezją sygnałów mgłowych nadawanych na redzie, ponawiał ostrzeżenie, roznosił się w nocnej ciszy, gdy zataczając się, wlokłem po peronie nieprzytomną, kościstą sylwetkę Palucha. Na widok patrolu policji nadciągającego od czoła unieruchomionego składu Dorota zniknęła w korytarzu prowadzącym do wyjścia na ulicę. Jakim cudem moje trefne social security wylądowało w jej plecaku?! W czarnych mundurach, z pałami dyndającymi figlarnie, trzech policjantów zbliżało się powolnym krokiem, 
Amerykańska policja, różni się od Polskiej, bo zwykle nie szuka kłopotów. Aura problemów przenikająca wielokulturowe społeczeństwo, ich skala sprawiają, że nie ma czasu na kreatywne wypełnianie nudy. Policja nie czai się na rogatkach wypatrując obiektów rutynowych kontroli i nie kara za przekraczanie jezdni w miejscach nieoznaczonych. Pieszego puszcza się w samopas. Instynkt samozachowawczy, omijając nadgorliwość umysłu zgodnie z prawem natury ograniczy działanie głupoty. Społeczeństwo obywatelskie stworzone przez Amerykanów żyje więc w zgodzie z prostą zasadą: reagować w obliczu realnych zagrożeń. Nie wpierdalać się bez powodu! W swojej pracy tamtejsi stróże prawa wydają się nawiązywać do tej prostej formuły.
- Policja! - na moich oczach dokonywał się cud rezurekcji. Paluch gramolił się na ławkę demonstrując groteskowe oblicze trzeźwości. Panicznie bał się policji. 
– Mam! – oznajmił głos tego, co mnie od tyłu po kieszeniach macał. 
– Odwrócić się! Oprzeć ręce o ścianę! Rozstawić nogi!
Fizyczne doświadczenie procedury zakuwania w kajdanki mieszało się ze zdumieniem wymalowanym na mojej twarzy. Musiało przyjmować formę niemego zapytania, bo głos pozbawiony poczucia humoru położył kres wszelkim rozterkom, obwieszczając, że procedura aresztowania właśnie dobiega końca. - Idziesz do pierdla, bo jesteś dupkiem! 
W kajdankach, w asyście trzech policjantów stałem w środku nocy na pustym peronie. Oczekując na pociąg do Nowego Jorku próbowałem zrozumieć co się z nami stało. Nie oszczędziła mnie ciekawość, co z nami będzie. Ignorując torebkę z paleniem schowaną w lewej kieszeni postawiłem na nietykalność osobistą. Miałem przecież czas cisnąć ją pod koła pociągu. W owym czasie nie wiedziałem nic o domniemaniu przestępstwa. Kołysania pustych wagonów wybudzały we mnie senne omamy.  
Posterunek w Jersey City wyglądał znajomo. Spory ruch pomimo późnej pory, turkoczące ekspresy do kawy i znużeni robotą protokolanci z bronią u pasa. Perspektywa, z której przyglądałem się procedurze pobierania odcisków palców była dla mnie jednak zupełną nowością. Umysł miałem otępiały. Wypalona trawa pobudzała do nieanalitycznego odbioru bodźców, wypróżniała z podejrzliwości. Na komendę "uśmiech!" obdarzyłem gliniarza uśmiechem, pozwalając kliszy utrwalić obraz twarzy wykrzywionej w naiwnym grymasie. Powyciągaliśmy z butów sznurówki, zawartość kieszeni przełożyliśmy do plastikowych worków. Drzwi policyjnego aresztu, przypominającego wolnostojącą klatkę, zatrzasnęły się chybocząc. Przez uchylające się w kratach ktoś podał słuchawkę telefonu.
– Asia! Pakuj sprzęt i płyty! Wyrzuć wszystkie lufki!!!! Wracamy do Polski – lękliwy duch wytrawnego kolekcjonera płyt podszeptywał Paluchowi najistotniejszą w naszym położeniu kolejność przekazywania informacji. Noc spędziliśmy w potokach światła, wyrywani z półsnu rytmem nocnych interwencji i aresztowań. Siedząc w kucki na stalowym siedzisku, wsłuchiwałem się w szczek policyjnych krótkofalówek. Medytowałem nad losem dziwek doprowadzanych przez kolejne patrole, nad dolą drobnych przestępców takich jak my. Celę opuściliśmy nad ranem. Filip kpił z nas przez całą drogę.  
Poziom pobłażliwości amerykańskiego sądownictwa zależy od prawa stanowego. Zrozumiałem to kilka tygodni później w sądzie miasta Harrison na spotkaniu z obrońcą z urzędu. Wyjaśnił mi w najprostszych słowach, że korzystniej byłoby, gdyby do aresztowania doszło w stanie Nowy York. Tam skończyłoby się na upomnieniu. Tu, w New Jersey, czekała mnie studolarowa grzywna. Musiałem tylko przyznać się do winy.
Podczas rozprawy sprawy szybko nabrały tempa. 
– Czy oskarżony przyznaje się do winy?
– Yes, Your Honor! – zapamiętana z filmów formuła odpowiedzi na to niecodzienne pytanie nareszcie się przydawała. Z monologu, który uznałem za mowę obronną nie zrozumiałem nic. 
- Czterysta dolarów grzywny i praca na rzecz miasta Harrison! Uderzenie sędziowskiego młotka przypieczętowało wyrok, gdy prawda o wiarygodności bezpłatnych porad prawnych wciąż jeszcze rozwierała przede mną swe żarłoczne uda.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wietnam 2024: Szlakiem opustoszałych hoteli

Wietnam 2024: Trucizna ostatnich chwil

Bangladesz 2023: 7 Odporność szczura