środa, 17 października 2018

Pension Roma

Dochodzi północ. Ludzie upchani są na ciasno. Toboły ponabijane w schowkach nad głowami, wciśnięte pomiędzy nogi w rozkroku, pod siedzenia. To tu rozpoczyna swój powietrzny marsz afrykańska karawana. Za każdym razem, gdy udaje mi się odpłynąć w sen, facet po mojej prawicy wierci się w poszukiwaniu pozycji, której nie da się znaleźć. - Siedź i się nie ruszaj! - usztywniam go na twarde gardło i przymrużone oczyNa lotnisku, przed stanowiskami odprawy paszportowej czeka już na mnie Hany, pracownik tutejszej ambasady. U jego boku omijam skanery bagażu.
- Pamiętaj! Będziesz mieszkał w samym centrum miasta - wyjaśnia - Tu się roi od naciągaczy. Jak ktoś cię zagada, ignoruj. Jak ktoś ci popatrzy w oczy, unikaj spojrzenia. Obserwuj wszystko z daleka! Jesteś w Kairze.
Nigdy wcześniej nie jechałem opancerzonym samochodem. - Od czasu rewolucji tutejsze ambasady przesiadły się na ciężki sprzęt. Na początku Ameryka poparła reżim Mubaraka, więc dyplomatów uznano za antyrewolucjonistów. - Prostemu człowiekowi wystarczy raz wskazać przeciwko komu toczy się walka – wyjaśnia Hany te stukilogramowe drzwi i szyby aż błękitne od nadmiaru szkła. Do hotelu kluczymy ze swadą ulicami pogrążonego we śnie miasta. Samochód wychyla się na zakrętach jakby chciał wyskoczyć z drogi. Czuć jego inercję, jego ciężar. Teraz płynie gładko wiaduktem w górę, do wysokości trzeciego piętra kamienic po obu stronach. Sporadyczna żółć latarnianych świateł ujawnia sylwetkę kroczącego w ciszy. 
Pension Roma! Tu czas zatrzymał się w latach trzydziestych. Kabina windy sunie na czwarte piętro we wnętrzu prostokąta spirali kamiennych schodów. Cierpliwe podeszwy wyżłobiły przy ścianie niewielkie koryto oplatając szyb windy alternatywną, chwiejną spiralą. Portier wpisuje moje nazwisko do wielkiej księgi i w szeregu rubryczek zaznacza ołówkiem ilość opłaconych nocy. Na sosnowej podłodze pokoju wymalowanego na czysto jest zlew, szafa z lustrem, niewielki stolik, fotel, biurko z krzesłem i szafka u wezgłowia. Staromodne meble z jednego kompletu, w jednym kolorze.
- Jestem perfekcjonistką – podkreśla równie staromodna właścicielka, gdy zjawiam się na recepcji z prośbą, żeby pokojowi nie szwendali mi się po izbie. Faktycznie jest perfekcjonistką. Po powrocie z pierwszego rekonesansu pokój zastaję wysprzątany.
Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę co najmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja dominująca tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Pozornie nieistotna innowacja językowa linią Nilu wyznacza granicę podziału na Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk z miasta zrozumie Libijczyka z innego miasta dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. Powiedzmy, że to tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów miejskich. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Arabów! To jeden z powodów, dla których dzisiejsza Arabia Saudyjska nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do ewolucji języka poprzez dążenie do jednolitości. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku to dajaja. Ale do obsesji Arabów nie można zaliczyć poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Szczegóły nie mają znaczenia. To pustynny piach hulający po ulicach miast.
Afryka jest pierwotna. Tutaj wszystko wzięło swój początek. Prawdziwie wielkomiejską zabudowę Kairu pokrywa odwieczny, piaskowy pył. Kluczę wąskimi uliczkami mijając świat zdezelowany. Warsztaty pracy nie większe od dworcowego wychodka, a w nich samotna żarówka, kręte schody znikające w mrocznej jamie bramy wymurowanej jakby na oko. Podążam za ludźmi. To najlepsza metoda na wkomponowanie się bez zbędnych pytań. Z wolna, jak święta krowa błąkam się po skrzyżowaniach i rondach, na przełaj, na czerwonym, pod okiem policji. Wciskam się w tłum po odbiór swojej porcji fasoli, macham rachunkiem ponad głowami innych wymachujących swoimi rachunkami i prę do przodu, żeby zagospodarować ten uwalniający się na chwilę skrawek przestrzeni zanim ktoś to zrobi za mnie. Oddaję się nowemu światu z ufnością. Na przekór przestrogom Hany'ego chodzę powoli i patrze ludziom w oczy.
W Pension Roma czas płynie powoli. Samotność pierwszych dni po przyjeździe sprawia, że nie ciągnie mnie na miasto. Przez to wcześnie chodzę spać. W nocy budzi mnie wezwanie do modlitwy. Głośnik minaretu, którego wciąż nie potrafię zlokalizować musi być gdzieś bardzo blisko. W postawnym głosie muezzina-palacza słychać niedomykające się struny głosowe. Poranne śniadania! W jadłodajni zatopionej w chłodnym półmroku trwa leniwy rytuał. Ten sam kelner w alabastrowej liberii codziennie podaje ten sam zestaw śniadaniowy. - Kawa? Herbata? Alabastrowe ściany i sufity w zestawieniu z pociemniałem brązem umeblowania i boazerii z drewna wypełniają pensjonat jakimś ponurym ciepłem. Dzisiaj zauważyłem jak w zlewie plącze się mini karaluch. Nie wiem czy to młodzieńcza głupota go tu zawiodła, czy może to taka strategia starych karaluchów, które małych zwiadowców wysyłają na zatracenie.
W Pension Roma zadomawiam się szybko. Często przecież przychodzi mi mieszkać tu czy tam. Przy pomocy komputera, przedłużacza, kilku ładowarek, aparatu, głośnika wi-fi i przenośnej lampki szybko odbudowuję sobie namiastkę domu. Nawet jeżeli pojawiam się tu tylko chwilę. Wierzę, że w Pension Roma adaptuję się nieco szybciej niż zwykle. Mieszkam tu pod dwudziestką, tak jak na własnych, odwiecznych, polskich śmieciach.
Po południu spotykam się z Martą. To typ osobowości, który definiuje sytuację odruchowo, kreuje wokół siebie rzeczywistość rezonującą z jej jasno nakreśloną wizją. To typ, co mówi. Mówi, żebym pojechał do monastyru, spotkać się z Mariem. Nie mam nic innego do roboty. Jadę.
Uber jest błogosławieństwem! Jego siła sprawcza staje się udziałem każdego, kto ma smartfona, kartę i chce zaoszczędzić na przemieszczaniu się po dużym mieście. W Kairze na samochód czeka się co najwyżej kilka minut. Mimo że wklepuję adres do aplikacji, kierowca i tak pyta mnie gdzie jechać. W drodze na spotkanie z Mariem szybko opuszczamy zabudowę kolonialną. Jej pożółkłe, przyprószone piaskowym pyłem fasady zdobią stosunkowo niewielką powierzchnię centrum tego afrykańskiego giganta. Po kilku minutach krajobraz pustynnieje. To znaczy wciąż wszędzie wokół pełno domów, meczetów z tą różnicą, że w ich pobliżu brak jakiejkolwiek roślinności. Miasto z chudych cegieł, z nagiego betonu przykrywa połacie wyrwane kamienistej pustyni. Teraz mijamy Miasto Umarłych. Rzędy średniowiecznych grobowców przypominają domy mieszkalne. Ciągną przez kilka dobrych kilometrów. Jadąc ruchliwą dwupasmową drogą przez chwilę mam przed sobą panoramę miasta, którego architektura wyrasta z otaczającej go pustyni. Jest jej materialnym przedłużeniem uformowanym w geometrię chwiejną, rzadko owłosioną stalowymi prętami. Esencja pustyni i jej tworzywo jednocześnie. Miasto Śmieciarzy góruje nad okolicą. 
- Tu trafiają śmieci z całego Kairu - informuje kierowca i każe mi zamknąć okno. Wszystkie odpadki z dwudziestomilionowego Kairu! W 1969 roku dekretem władz miasta eksmitowano na pustynię kilkaset koptyjskich rodzin. Dzisiaj to siedemdziesięciotysięczne osiedle kairskich śmieciarzy, jedna z największych koptyjskich enklaw muzułmańskiego Egiptu, od dawna wchłonięte przez Kair.
Mario mieszka w stolicy od dwudziestu pięciu lat. Ten były archeolog służy w świątyni wzniesionej ponad Miastem Śmieciarzy. To dla nich wydrążono miliony ton skał. Swąd niewidzialnej mgły wypełnia teraz jamę, na dnie której umieszczono ołtarz tego największego w Afryce kościoła. Mario oprowadza mnie po monastyrze. Płaskorzeźby jego autorstwa zdobią ściany mniejszej jaskini. Opowiada historię kościoła Koptów. - W samym Mieście Śmieciarzy doszło już do czterech zmartwychwstań - informuje mnie tak, jakby powoływał się na jakąś oficjalną statystykę narodzin. Nie szuka potwierdzenia w reakcjach, mówi jak misjonarz. W dokumencie na swój temat, do którego podsyła mi link, szyje tym samym ściegiem. Taki styl apostolatu.
Do miejsca, w którym mam nadzieje złapać Ubera kluczę ulicami Miasta Śmieciarzy. - Nie idź główną - radzi Mario - tylko od razu za mostem w lewo. Rzeczywiście. Ulice są tu węższe, pełne zaułków, w których uwijają się sortownicy. Pozanurzani w mrokach bebechów wielopiętrowych konstrukcji z nagiej cegły wykonują z pokorą swoje syzyfowe prace. Powietrze jest słodkie. Z odpadów składowanych tu nieustannie od niemal pięćdziesięciu lat sączy się jad. Zatruł już wszystko na dobre. Zabudowa, jej ulice, niedoświetlone wnętrza, betonowe schody, sklepy i kawiarnie z sziszą pootwierane na oścież, wszystko spowija ta sama chorobotwórcza aura. Promieniuje daleko, poza ostatnie zabudowania dzielnicy tej najniżej z kairskich kast. Śmiecie przez cały dzień napływają tu nieustającym strumieniem. Z dala od głównej arterii dzielnicy, mijam góry posortowanych odpadków. Sterty worów pełne mniejszych worków czekają na wstępną inspekcje. Coraz częściej natrafiam na niezadowolone twarze. Szczególnie kobiety nie chcą, żeby ktoś je podglądał jak gołymi rękami grzebią w zgniliźnie. Moja obecność nadaje ich pracy niecodziennego kontekstu. Niektórzy z mieszkańców czują się poniżeni, a przecież wykonują tylko swoje zadanie. Po powrocie do hotelu piorę ciuchy i biorę długi prysznic. Mdli mnie na każde wspomnienie lepkiej alejki przesiąkniętej słodyczą prastarej zgnilizny. Całą noc i następne kilka dni przechorowuję.
Piątego dnia przenoszę się w nowe miejsce. Intercontinental przy placu Tahrir. Od dzisiaj jestem oficjalnym gościem festiwalu. Dla każdego, kto chce zobaczyć zafałszowany obraz lokalnej rzeczywistości, pobyt w pięciogwiardkowcu to strzał w dziesiątkę. Ale arabska gościnność zobowiązuje organizatorów do ulokowania nas w wypaśnych przestrzeniach, w warunkach pięciogwiazdkowej sterylności, dbałości o bezpieczeństwo godnej dyplomatów wysokiego szczebla. Są więc barykady, uzbrojeni strażnicy, skanery bagażu i zgięci kelnerzy. Widok na Nil z dwudziestego piątego piętra, dziewczyny wysiadujące nocami w hotelowym lobby i spece od papirusów powleczonych kiczem. Wieczorem szwendam się w poszukiwaniu jedzenia po bocznych uliczkach koło Tahriru. Pracujący na straganie młody arab wścieka się, gdy przestaję rozumieć, co do mnie bebla. Jego kumpel już dawno się połapał. - Jesteśmy w Egipcie, więc gadaj po arabsku - odcina się jebaniutki, kiedy proponuję, żebyśmy tak na angielski przeszli . 
Zespół spotykam na śniadaniu. Grzechu, Mizer i Młody. Gęby nam się nie zamykają przez kilka dobrych godzin. Też lubią rozmawiać o tym, co w życiu na pozór nieistotne. Popołudnie spędzamy na mieście. Uliczne stragany z owocami, mięsem - ludowa dzielnica, gdzie egipską biedę widać jak na dłoni. Nikt nas nie nęka, czasami ktoś pomacha. Chodzimy, jemy, gadamy, patrzymy.
Organizacja festiwalu oparta na pracy wolontariuszy ma specyficzny koloryt, szczególnie gdy ci zmieniają się z edycji na edycję. Przesunięcia, opóźnienia, czekanie - oto rzeczywistość, która zawsze wystawia na próbę. Sala koncertowa amerykańskiego kampusu oddalona jest od centrum o jakieś trzydzieści kilometrów. Sprzęt wyładowujemy Pod Pepsi Gate i chwilę czekamy. Sprawdzają nam dokumenty i przepuszczają bagaże przez skaner. Menadżer sceny od razu informuje, że mamy już godzinę spóźnienia. Chłopaki znikają na rekonesans, a ja odsypiam zemstę wszystkich faraonów na podłodze garderoby wychłodzonej jak prosektorium. Za legowisko służy mi futerał z basówki Matiego. Do koncertu pozostało cztery godziny. Co jakiś czas drzemkę przerywa mi dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś uspokaja swoje sumienie, ktoś inny chce naładować telefon. Kiedy wychodzimy na scenę, publiczność jest już ospała. To dla niech szósty występ z rzędu. Część koncertu prowadzę po arabsku. Mówię albo czytam z kartki. Noc przesypiam snem zasłużonego dla polskiej dyplomacji.
Ambasada RP w Kairze to imponująca willa z w stylu kolonialnym z ogrodem. Przy wejściu mundurowy Polak przetrzepuje dokładnie każdego z osobna. Zatrzymuje nasze paszporty i telefony. Do pokoju, w którym sączymy kawkę w towarzystwie Marty, Ambasador wpada na krótką pogawędkę. Rozmowy toczą się bez zbędnej pompy. Szkoda na nią czasu. To jego przerwa na oddech od niedzielnej gorączki. To ona wyznacza w Egipcie początek roboczego tygodnia. To w końcu al-jaum al-ahad czyli dzień pierwszy.
Po spotkaniu chłopaki namawiają mnie, żebym jechał zobaczyć te piramidy. Dwadzieścia osiem lat temu ruszyłem autostopem do Włoch 
- Jeszcze tu kiedyś wrócę - myślałem mijając Watykan na wyciągnięcie ręki. Do dzisiaj nie widziałem. Do Gizy Uberem docieramy w czterdzieści minut.
Tu, w turystycznym raju pod piramidami spełniają się podróżnicze koszmary. Hordy sfrustrowanych opychaczy badziewia krążą w poszukiwaniu ofiar. Udają gościnność a potem wściekają się gdy się ktoś szybko połapie. Grzechu i Mati idą pobujać się wokół Piramidy Cheopsa. Mizer i ja ruszamy do jej wnętrza. Na kolana chamy! Niski, pochylony ku górze korytarz nakazuje klaustrofobiczny marsz w półskłonie, jak w sztolni na grubie, w samym przodku. Po trzydziestu metrach docieramy do większej komnaty. Stoimy zziajani nie mogąc nasycić się tlenem, którego w otaczającym nas powietrzu jest po prostu za mało. Hinduska rodzina czeka u wylotu z wąskiego gardła, które nas tu przywiodło, kontemplując rezygnację z dalszej wycieczki. Teraz już powolnym krokiem pokonujemy dalszą pochyłość. Oczywiście wspominamy Indianę Jonesa i rozmawiamy o historii. Mizer jest ciekawy świata, lubi czytać. Poza tym przepełniają go pozytywy. Jest zrównoważony. To cecha wśród muzyków rzadko spotykana. Nasza kilkuminutowa wspinaczka kończy się ostatecznym, krótkim marszem w pokłonie. Wchodzimy przecież do sali, w której umieszczono sarkofag. Prostopadłościan komnaty poraża precyzją wykonania. Wielotonowe, kamienne bloki przylegają do siebie nadzwyczaj szczelnie, od pięciu tysięcy lat...
Cairo Jazz Club znajduje się na sztucznej wyspie w miejscu, gdzie szerokość Nilu sięgnęła przesady. Jak to w prywatnym interesie styl prowadzenia lokalu opiera się wpływom lokalnej kultury. Nic tu nie dzieje się w rytmie inshallah. Tu regulatorem jest czas i zysk. Publiczność zaczyna schodzić się po dziesiątej. Menadżer o jedenastej zaprasza nas do pracy. Nagłośnienie wypełnia dźwiękiem wszystkie zakamarki klubu i dobrze! Arabska publiczność jeszcze przed chwilą nie widziała, po co tu się znalazła, ale już wie, że dostanie to czego chce. Chce doznać absurdu na styku dwóch samowyzwalających się światów: muzyki improwizowanej i życia spętanego tradycją. Jakaś Arabka tańczy w rytm tego, co gramy. Ciekawość, z jaką słuchają nas miejscowi wypełnia nasze twórcze obwody nową, nieznaną energią. Choć na dobrą sprawę jest ich tylko garstka, uwielbiam takie koncerty! W drodze powrotnej do hotelu przyglądam się jak nocny Kair spowalnia tempo. Za to w indyjskiej cukierni w pobliżu Pension Roma wieczorami jak zwykle tłok. Ludzie ocierają się o siebie w poszukiwaniu ulubionych słodkości. Tłoczą się, gdzie nie gdzie przepychają. - Cukiernia Niewolnik - głosi jej pokręcona nazwa. Tak, wokół łakocia zawsze będzie tętnić życie...
Sfinks? Pierdolę Sfinksa! Wolę Pension Roma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz