środa, 22 maja 2013

Nie czujesz, że żyjesz?!

   Lotnisko w Bukareszcie robi takie samo wrażenie jak przed czterema laty. Żadne. Hala główna trochę jak na krakowskim Janie Pawle II, z tą różnicą, że na zewnątrz wciąż trwają jakieś prace budowlane. Ruxandra czekała już na nas z kierowcą. Tak samo czekała siedem lat temu, gdy opiekowała się naszym zespołem jako dwudziestoletnia dziewczyna studiująca jakąś protezę angielsko-francuskiej filologii. Przybyło jej lat i kilogramów. Niezmienne pozostało poczucie humoru. – Zawieźć was dzisiaj chłopaki na striptiz?
  Pierwszy występ mieliśmy zagrać w Ploiesti. Udaliśmy się tam busem prosto z lotniska. – Jakby zaczęło śmierdzieć, to znaczy, że dojeżdżamy – wyjaśniła Ruxandra. Ploiesti jest sercem rumuńskiego zagłębia gazowo-naftowego. To właśnie przy pomocy wydobywanej tam ropy Hitler, ówczesny sojusznik Rumunii, napędzał realizację pierwszej fazy swojej autorskiej koncepcji podboju świata. Smrodu nie czuliśmy. Gdzieś, pośród pól na moment zamajaczyło ramię żurawia pompowego. Brandzlowało ziemię leniwie i jakby nieskutecznie. Zewsząd otaczały nas bowiem typowe blokowiska z płyty betonowej w stylu architektonicznym dominującym u naszych sąsiadów zza wschodniej granicy. Wysunięte poza płaszczyznę ściany frontowej zaszklone nibybalkoniki są jego cechą dystynktywną. Każde okno ma inną framugę, a każdy balkonik sprawia wrażenie budowlanej samowolki. Tu cegły, tam kawałek betonowej płyty, spod której wystają fragmenty blachy, prześwitują strzępy papy.
  Hotel usytuowany był przy głównej ulicy w centrum miasta do złudzenia przypominającego Sosnowiec. Do sounchecku mieliśmy mniej więcej dobę. Ruxandra zaprowadziła nas do pobliskiego disco baru u boksera. Od razu zgodnie rzuciliśmy się na klasykę lokalnej kuchni - ciorba de burta. Białą, wodnistą, mało słoną zupę, na dnie której pływają krojone jak polskie flaki kawałki cielęcych żołądków tradycyjnie popycha się białym, puszystym pieczywem o smaku chlebowego destylatu zagryzając surową papryką. Język rumuński w swoim leksykonie ma nawet specjalne określenie na zupy kwaśne. Nasz żurek i nasza ogórkowa są typowymi ciorbami.
 Chłopaki zmyli się szybko do pokoju. Ja zostałem w towarzystwie Gadatliwej Ruxandry Prostolinijnej. Opowiedziała mi o swoim bankructwie, które nauczyło ją jak realistycznie stąpać po powierzchni planety, o Żydach, którzy prowadzą największe interesy w Rumunii, o swojej samotności, z powodu której nie cierpi, o organizatorze całej imprezy - Konstantinie, który wszystkim zalazł za skórę. Wszystko w piętnaście minut. Jakby żyła w typowej dla muzyków tymczasowości. Jakby przejęła część tego stylu bycia. Nie ma czasu na podlewanie i pielęgnację relacji z ludźmi poznanymi naprędce. Jesteśmy, za chwilę nas nie ma. To pomaga wchodzić w niecodzienny tryb relacji, jak podczas spowiedzi w nieznanym kościele, w mieście, w którym jest się na wakacjach. Łatwiej znaleźć powiernika wiedząc, że na pewno nie będzie go w pobliżu, gdy magia chwili napompowanej pragnieniem zwierzania się już dawno przeminie.  
   Z hotelowego balkonu patrzyłem na KFC, który najwyraźniej zajął miejsce jakiejś „Kaskady” czy „Antałka” na parterze bloku mieszkalnego. Kilka godzin wzmocniło mnie przed wieczornym spotkaniem z organizatorem Lucjanem, w towarzystwie zespołu akordeonisty Richarda Galliano. Mister Galliano to. Mister Galliano tamto. Chyba z uwagi na brzmienie jego nazwiska oraz status gwiazdy, w który zdawał się wierzyć zarówno organizator jak i sam dystansujący się Ryszard przyszło nam smakować rumuńskiej gościnności we włoskiej restauracji. Pięćdziesiątka palinki szybko ociepliła relacje, pogłębiane z każdym wypitym kieliszkiem czerwonego wina rozrzedzanego piwem wprowadzanym do systemu kuflami. Dopiero w czasie tego wspólnego posiedzenia przypomniałem sobie Lucjana. Wielbiciel jazzu i jazzmanów. Bez przerwy uśmiechnięty. Nieszkodliwy gaduła przeskakujący w rozmowie z francuskiego na angielski, z pasją rozprawiający o koncertach, muzykach i wszystkim, co na temat jazzu mu się wydaje. Nikt z nas nie pamiętał Ploiesti, a przecież graliśmy na tym samym festiwalu, w tej samej sali, zaproszeni przez tych samych organizatorów. Obrazy z wielodniowych podróży na pół śpiąco, twarze ludzi przedstawiających się w hotelach, na próbach, w kuluarach, na przyjęciach, w biurach organizacyjnych odchodzą w niepamięć. Nakładają się na siebie. Czas pozbawia je kontekstów, imion, narodowości. Jedyną przestrzenią stymulującą do przechowywania wspomnień staje się garderoba. Ten moment pobudzonego bytu, tuż przed wyjściem na scenę działa na otaczające obrazy jak utrwalacz. Zapamiętuje się przedmioty. Znikają ludzie. W garderobie nikt przecież oprócz zespołu się nie plącze. Dopiero jej widok ostatecznie upewnił nas, że w Ploiesti już graliśmy. Impreza powitalna obfitowała w taką ilość jedzenia i popitku, że noc spędziłem wiercąc się w wyrze, a śniadanie chwiejąc na kacu.
    Jazz nie jest w Rumunii popularny. Nasza trasa doszła do skutku dzięki współpracy swego rodzaju konfederacji większości rumuńskich festiwali, które od lat łączą wysiłki z inicjatywy Konstantina z Sibiu.
Po śniadaniu, w lobby, naprędce zarejestrowałem audio do pierwszych trzech lekcji z książki do nauki rumuńskiego. Kierowcę, który zabrał nas do Bukaresztu, znaliśmy już z poprzednich wyjazdów. Wspólnie przejechane kilkadziesiąt kilometrów wystarczyło, żeby wycisnąć z niego zasady posługiwania się rumuńskimi zaimkami dzierżawczymi. Po hamburgerach i krótkiej drzemce zrobiliśmy szybki soundcheck. W przypadkowej rozmowie w klubowym ogródku rozgryzłem jak zmieniają się podstawowe formy rumuńskich rzeczowników w zależności od funkcji składniowej i rodzaju. Zrozumiałem również, że wyrok za niedyplomatyczne maniery Konstatnina, pasjonata jazzu, pionierskiego promotora i organizatora pierwszego rumuńskiego festiwalu jazzowego (jednego z najstarszych w Europie) po cichu zapada. Nie zdziwiło mnie to. Ciekawe, że ludzie z jego charyzmą potrzebują przeciw sobie całych koalicji, które zanim przejdą do działania wahają się mrucząc jakieś niewyraźne postulaty.
    Występy klubowe mają swój szczególny urok. Część ludzi słucha, część gada, część je. Grając w otwartej przestrzeni, ponaglani perspektywą deszczu ograniczyliśmy występ do jednego setu. Na klub to trochę za mało. Alkohol po prostu nie nadąża uderzać do głowy.
Po koncercie, tuż przed północą, przenieśliśmy się do restauracji Caru’ cu bere. Wśród tłumu gości zasiadających w przestronnych, dziewiętnastowiecznych pomieszczeniach uwijało się stado kelnerów. Wyglądem przypominali pingwiny. Bogactwo potraw z menu w formie gazety kpiło z autorytarności typowej dla Magdy Gessler. Wziąłem cokolwiek, widząc, że zgłębianie tej litanii nazw nie ma żadnego sensu. Siedzący obok nas włosi zamówili sobie po litrowym piwie i golonku. Jakieś kilo osiemset na łeb… Smak potraw pozbawiał wszelkich wątpliwości. Odpowiadał na wszystkie potencjalne pytania, które obraz tej wykwintnej jadłodajni, żywcem wyjętej z "Zaklętych rewirów", mógłby nasunąć.
    Bukareszt opuściliśmy o ósmej rano. Pod hotelem w Ploiesti, który na dwie pierwsze noce stał się naszym domem przesiedliśmy się do wesołego autobusu. Hiszpanie, Izraelscy Żydzi, Polacy i kierowca Rumun. Trochę snu. Kilka zdjęć na Instagram. Przerwa na papierosa w Brasovie. Hiszpańskojęzyczna ekipa przypominała rodzinę na wakacjach. Jej stonowana, kudłata głowa uśmiechała się co chwilę na znak pogłębionej życzliwości wobec wszystkiego co żyje. Klaskali i śpiewali razem, jak dzieci podczas wycieczki klasowej, jednak to Żydzi prowadzili wodzirejkę. Gadatliwy pianista i pozornie powściągliwy, czterdziestoletni perkusista. Przysiadłem się do nich. Interesował mnie konkret. Za dużo czasu poświęciłem im ostatnio w swoich rozmyślaniach. Chłopaki wymigali się od armii na szajbę i groźbę samobójstwem. Wielokrotnie byli w Polsce, ale za fanów wycieczek do Auschwitz się nie uważali. Tematy jak zwykle otarły się o politykę. Ostrożnie wypowiadane osądy ostatecznie i tak pokazały, że izraelską wolność od pogardy dla arabów trzeba zaliczyć do fikcji. I nie jest to kwestia młodości, czy otwartości umysłu, bo tym podobno cechują się artyści.
 Śpiewam im po hebrajsku. Nagrywają to na komórkę. Przybijają piątale. Przy okazji przypominam sobie kilka słów i konstrukcji gramatycznych. Chwalą mój hebrajski akcent. Prawie nic nie rozumieją po arabsku. Śmiejemy się. Jeden jest ze stolicy izraelskich gejów – Tel Avivu. Codziennie pali skręty. Drugi ze świętego miasta. Zabawnie naśladuje mowę Arabów i Niemców. Wymieniamy kontakty. Palimy papierosy, Robimy sobie zdjęcia. Do Sibiu docieramy po czternastej.
      …miałem z nim już do czynienia podczas poprzedniej rumuńskiej trasy. Jednego, czego nie miałem, to okazji żeby zamienić parę słów. Konstantin pojawił się w hotelowym lobby. Przywitanie obfitowało, o dziwo, w peany oraz bilateralną poprawność opartą na wzajemnym przerzucaniu się uprzejmościami.
– Please don’t push me about the fucking contracts. - Przypomniałem sobie fragment maila , który przeforwardowała mi Edyta. – We already bought the plane tickets. They are the fucking contracts!
Przyjemniaczek, który najwyraźniej nie ma nic do stracenia. Przed czterdziestu laty zapoczątkował modę na jazz wśród rumuńskich elit (?). Teraz odcina kupony od swojej własnej legendy nie licząc się z nikim i z niczym. Inteligentnie żartuje. Jego czujny uśmiech nie znika z twarzy, której rysy zgrabnie kamuflują jego siedemdziesiąt wiosen. - Seig Hail! – ucina dyskusje z Żydami na temat jakichś pieniędzy. Śmieją się. – Jest za cwany, żeby być normalny – komentują. Wszyscy zgodnie uważamy, że jest wariatem, jednak aprobujemy jego zabawnie prowokacyjny styl bycia, typowy dla ludzi błyskotliwych, dla których świat uosabia bezmiar głupoty. Ten człowiek rozumie muzyków, może nawet muzykę…
  Półtoragodzinny soundcheck poprzedził wieczorny koncert w Filharmonii Sibiu. W kwestii brzmienia w odsłuchach i na przodach udało nam się wypracować chwilowy, jak się później okazało, kompromis. Publiczność też była jakaś niedostępna, tak jakby apodyktyczna osobowość ojca festiwalu wymuszała na słuchaczach obecność na widowni. Sam budynek filharmonii sprawiał wrażenie nawiedzanego przez duchy jakiejś złej przeszłości. Puste korytarze, puste pomieszczenia, nieliczna obsługa… Po koncercie organizatorzy namówili nas do uczestnictwa w jam session. Jako, że oprócz nas nie było innych chętnych do grania, wieczór, którego osią stały się popisy perkusisty z Tel Avivu pociągnęliśmy w składzie polsko-izraelskim. Z Konstantinem pożegnałem się podczas śniadania w hotelowej restauracji.
You’re one cripple motherfucker, and you know that. – przekazałem mu to, co w sumie chciał usłyszeć.
Thanks for your compliment and please, say hello to your sister and your daughter in one. – odgrał się błogo, bez zastanowienia i na luzie dając ostateczny popis swojej wykraczającej poza przeciętną percepcji wróżbity.
    Do Cluj pojechaliśmy mercedesem, chyba transitem. Jego kierowca - okulary przeciwsłoneczne i brawurowa nóżka - Tudor. Na rogatkach Sibiu od razu zatrzymała nas drogówka. - Jestem z policji antynarkotykowej - pochwalił się tłumacząc, dlaczego już po chwili gnaliśmy w głąb Transylwanii. Łamiąc wszelkie możliwe przepisy, mijaliśmy zielone równiny. Ich kres wyznaczały równie zielone, niewysokie góry wznoszące się to bliżej, to dalej linii horyzontu. Na miejsce dotarliśmy wczesnym popołudniem. Koncert miał się odbyć w plenerze, naprzeciwko jakiegoś pałacu po środku parku z jeziorkiem. Złote obrusy zdobiły stoliki ustawione gęsto i w bezpiecznej odległości od sceny. W oczekiwaniu na sygnał ekipy nagłaśniającej obserwowaliśmy łódki w kształcie łabędzi, na których niedzielnie kołysali się Transylwańczycy, patrzyliśmy na spacerujące rodziny, podglądaliśmy hostessy. Słoneczna pogoda konsumowana w cieniu sceny pomagała wrzucić na luz. Soundcheck skończyliśmy po pięciu minutach w poczuciu satysfakcji, jaką daje kontakt z profesjonalizmem. Sącząc coconut kiss rozkoszowałem się muzyką Pata Metheny bijącego pokłony twórczości Jarretta.  Ludzie schodzili się powoli i mimo, iż doszło do godzinnej obsuwy, obyło bez nerwów. Miła obsługa, pogoda i zawodowstwo dźwiękowców w równym stopniu wpływały na stabilność naszego dobrego samopoczucia.
    Koło ósmej, tuż przed rozpoczęciem koncertu stałem z chłopakami z boku sceny, gdy nagle rzucił mi się w oczy pewien typ. Łysy, niewysoki, szeroka koszula w stylu bahama, jasne, chyba płócienne spodnie, skórzane buty à la Fred Astaire, spowolniony krok i potężne cygaro w zębach, którego rozmiar uosabiał sumę niespełnionych marzeń wszystkich ofiar sublimacji. Typ zmierzał w naszym kierunku. Nie trzeba było intelektualnego wigoru, żeby odgadnąć, jaką miał do spełnienia rolę. Minął nas bez słowa i ostentacyjnie wspiął się po schodkach na scenę. Konferansjer. – Właściciel jakiejś telewizji – wyjaśnił szeptem Tudor. Gdy tak przechodził beztrosko zastanawiałem się, czy się odezwie, przedstawi, czy coś w ogóle zagada. – Przed państwem Richard Galliano. – zaanonsował nas kończąc swój konferansjerski popis w kłębach pyłu, którego całe chmury nagle zamgliły scenę, stopniowo pochłaniając publiczność w miarę jak monument jego nonszalancji kładł się w gruzach. Gdy mijaliśmy się na scenie żegnał nas jąkając coś bełkotliwie przepraszającym tonem.
    Niesamowita energia pojawia się podczas koncertów plenerowych. Zapomniałem już o tym. Słuchaczy mieliśmy wszędzie. Za plecami, na trawnikach z boku sceny, przy stolikach naprzeciw, na schodach prowadzących do pałacu. Trochę jak na Lazurowym Wybrzeżu, trochę jak w „Trędowatej”. Część tej publiczności z przypadku przysłuchiwała się nam z ciekawością graniczącą ze zdziwieniem, cześć emanowała radością, która zapylała do dalszych wywodów, a część po prostu nas ignorowała. Po koncercie popijając drinki serwowane przez bogato zaopatrzony bar przyglądaliśmy się jak kelner chodząc od stolika do stolika oferuje festiwalowym gościom nasze płyty. Niczym potrawy z karty dań. Dostojnie. Lekko pochylony przodu, lekko przechylony na bok. Młode hostessy w białych sukniach popijały tekilę w pustej sali bankietowej. Barmani pocili się realizując jakieś zamówienia lokalnych prawników, dentystów, polityków. Francuzi swoją cygańską wirtuozerią umilali nam konsumpcje drinków. 
– Dopiero trzy tygodnie temu zdecydowaliśmy się na zrobienie tego festiwalu. – wyjaśnił mi facet, który podał się za organizatora imprezy oraz właściciela dziewięciu klubów na terenie Cluj. Ktoś musi mocno ogarniać temat logistyki i kasy skoro trzy tygodnie w zupełności mogą wystarczyć na poskładanie czterodniowego maratonu w stylu bankietu dla vipów, w którym większość zaproszonych gości uczestniczy na koszt organizatora w ramach promocji przyszłorocznej, drugiej edycji imprezy.
   Garderobę dzieliliśmy z Francuzami. Jest ich pięciu. Wchodzę do niewielkiego pomieszczenia. Sięgam po plecak i czegoś w nim szukam. Pytam po ichniejszemu jak się udał koncert. Robię przy okazji jakieś uwagi na temat nagłośnienia. Wydaje mi się, ze dla większości z nich jestem pierwszym napotkanym Polakiem. Przysłuchują mi się z taką uwagą jakbym wygłaszał kazanie na górze. Ja tylko coś o francuskich serach i kiełbasach wspominam. Ich uwadze towarzyszy zdziwienie. Też bym się dziwił widząc pierwszego Eskimosa, który do tego biegle nawija  po polsku. Siedzimy sobie u niego w igloo, a jego eskimoska żona podaję nam po kubku ciepłego moczu, podczas gdy my, literacką polszczyzną, roztrząsamy kwestię eutanazji budzącej kontrowersje nawet w Arktyce...
   W nocy nie mogłem spać. Z parkingu przed hotelem, przez otwarte okno dobiegały głosy pijackich wywodów przeprowadzanych po angielsku. Pięć dni spędzonych w Rumunii dostarczyły mi wszystkiego w nadmiarze. Pożywienia, alkoholu, ludzi, podróży, rozmów.
    Pobudka o piątej rano była koniecznością. Mieliśmy do przejechania spory odcinek jezdni, a samolot odlatywał o czternastej. Praktycznie całą podróż do Bukaresztu przespaliśmy. W chwilach kontaktu z rzeczywistością słuchaliśmy didżejki Tudora - ruskich piosenek na jedenaście, rumuńskich cyganów, co lubią drum’n’bass... Leciał też Leibach. Tudor podsuwał nam pod nos swoją komórkę napakowaną zdjęciami, do których czuł szczególny sentyment. - Tu ja z córką Chaplina. Tu z Beyoncé. A tu z Catherine Deneuve. - chwalił się niewinnie. Bawiliśmy się przy tym jego policyjnym pistoletem. Dżari zainscenizował nawet scenę samobójstwa. Muzyka Prodigy dobrze komponowała się z industrialnym krajobrazem dalekich „przedmieść” Bukaresztu, któremu miejsca ustępowały obficie porośnięte cerkwiami obszary pełne gór i dolin. Pojawiły się metalicznie połyskujące kominy jakby rafinerii, jakaś elektrownia, a wszystko pośród płaszczyzny pół. Nasz ochroniarz musiał być nieźle pochłonięty wkręcaniem nam swojego chłamu, bo przegapiliśmy zjazd na autostradzie. Zaklął. Zahamował wciskając maskę samochodu w nawierzchnię i wrzucił wsteczny. Kilka kilometrów pokonaliśmy wężykiem, pod prąd, podczas gdy Tudor gawędził przez komórkę co jakiś czas korygując trajektorię jazdy wstecz, gdy samochód niebezpiecznie wychylił się poza obszar pasa awaryjnego. Nie było innego rozwiązania. W sumie, to nawet wesoło się na chwilę zrobiło w tym mercedesie. W końcu jechaliśmy w kierunku mijających nas pojazdów rozpędzonych prawem autostrady. Wszyscy byli silnie rozbudzeni. Klimat lekko podupadł, gdy wyjeżdżający zza zakrętu Tir bucząc w rozpędzie wyminął nas zjeżdżając na sąsiedni pas w ostatniej chwili.
- Co, nie czujesz, że żyjesz?! – uspokajał Sebę Tokaj skanując nasze pobielałe twarze swoimi rozbieganymi od podniecenia oczkami.

1 komentarz:

  1. Obplenerowanie Waszej muzyki to musi być coś :) w sensie, że następuje połączenie dźwięków w uszach (zawsze innych na daną chwilę) ze świeżym powietrzem w nosie...niechże się zdarzy jeszcze taki słuchaczo-patrzacz, który sączy świeży sok albo drinal...to oczyszczenie jest.

    Weroniak

    OdpowiedzUsuń