czwartek, 24 października 2013

Zamknięte Królestwo I - Geneza

Jedną z przyjemności, do której dążę, z powodu traumy pozostawionej przez wyrok socjalizmu skazującego na klaustrofobię i marzenia o życiu elswhere, są podróże. Jest 1981 rok. Zaczynają we mnie dojrzewać, a tu co najwyżej z paszportem można sobie do Czechosłowacji. Długa kolejka do przejścia na moście, zakupy w sklepach z lentilkami i kontrola celna. Manaam się chełpi, że wydał na taśmie płytą. Zdobiąca ją żółta nalepka informuje, że produkt pochodzi z Berlina Zachodniego, i że to pierwsza taka heca na polskim rynku! W szóstej klasie dołącza do nas koleżka, który podobno był w Holandii. Jak on się tam dostał?! Z drugiej strony Brodacz z naprzeciwka już dawno uciekł do Ameryki. Mówią, że ktoś z Rybnika był pod piramidami w Egipcie, ale tam to tylko za dolary i przez Orbis. Każdy wyjazd poza demolud jest w zasadzie ucieczką. Nawet na chwilę. 
Jest 1998. Znikają granice, więc kupuję paprykarz szczeciński i ruszam w autostop. Zakup kawy na autobanie to nonszalancją, której trzeba unikać. Jeżdżę gdzie się da i to w krótkim czasie. Do Francji, Belgii i Holandii jadę solo. Śpię w samochodach, u Dorki w Paryżu, u ludzi, których nie znam. Do Kadyksu, ze Satnikiem, ale bez wiz i konsekwencji docieram w trzy dni. Niemcy przejeżdżam z Martą, a do Włoch ruszam z Krzyśkiem. Szukamy pracy. Granicę austriacką przechodzimy z buta, maszerując wzdłuż wielokilometrowej karawany, oczekujących na wjazd do lepszego świata. W Salzburgu pod mostem, para autostopowych pionierów ze Słowacji, rozkłada obok nas śpiwory. Też szwendają się po wciąż dla Słowian dziewiczych terenach. 

Nad wybrzeże Ostii dotarliśmy po prawie dwóch dniach podróży. Na plaży odszukał nas Lechas, który już od jakiegoś czasu miał tam jakąś robotę. Za połowę kasy przywiezionej ze sobą przejechaliśmy kilka stacji pociągiem w pobliże polskiego obozowiska w lesie. Leśne śmietnisko upstrzone pałatkami. Tropiki bez namiotów w środku, a w nich legowiska z nagich gąbek, materacy poczerniałych u wezgłowia, otaczały śmierdzący stos flaszek pełniący funkcję świętego ognia. W obozie panowało poruszenie. Poprzedniego dnia jakiegoś Polaka zabili na "stójce".  Karabinierzy na swych koniach przeczesywali chaszcze pośród porzuconych, samochodowych wraków na polskich rejestracjach. Na stójce, jak co rano, tłum i wielkie poruszenie. Gruby włoch podjechał oklepanym vanem. Szuka dwóch do pomocy na budowie. Na jeden dzień... Szamotanina. Jakiś zapruty koleś leży pod murkiem. Nie odbchodzą go ocierające się o siebie, już spocone od porannego słońca, od tygodni nie kompane ciała innych mężczyzn. Wszyscy równo prą do vana. Któryś z Polaków błyszczy płynną włoszczyzną.
Obóz dla uchodźców z Maghrebu usytuowany był tuż koło leśnego siedliska pijaków z Polski. Lechas przedstawił nas cieciowi strzegącemu porządku pośród prowizorycznych, białych zabudowań, odgrodzonych od reszty lasu płotem z drutem kolczastym. Tutaj też popłoch. Bawiąc się pistoletem, polski cieć wyjaśnia, że złoto ktoś w nocy Arabom opędzlował, dlatego taka bieganina, kłótnie, prywatne dochodzenia i samosądy...
Pierwsze wypady zawsze dostarczały podniecenia, jednak Europą nasyciłem się szybko. Spowszedniała, bo raz, że wyszedłem jej na przeciw, a i zmiany jakie wniosła Unia zrobiły swoje, przypieczętowując jedynie nieodwracalność ostatecznego braku zainteresowania życiem naszych sąsiadów zza byłej żelaznej. Hipermarkety, a w nich te same produkty co po drugiej stronie Alp. Reklamy w telewizji. Sortowanie śmieci. Opłaty na autostradach. Upadek CPN na rzecz międzynarodowych koncernów naftowych, które wprowadziły na swoich stacjach instytucję czystego sracza. Ciskanie kłód pod nogi produktom regionalnym. Powszechność nutelli i zasiłki dla bezrobotnych plus ta cała demokracja...
Kto zaraził się tęsknotą za innością nie zazna spokoju. A może to chęć oderwania się od wszystkiego co powszednieje (a wszystko powszednieje) była motorem moich marzeń o podróżach? Pierwszy rok spędzony w okolicach Nowego Jorku przebił wszystko, co dotychczas widziałem i przeżyłem. Przygoda życia przebijająca nawet rejsy na Zawiszy! Tam wszystko było inne. Od motoryzacji, po żarcie. Od sposobu zapisywania cyfr w formularzach po metody załatwiania formalności w urzędach. Swawola pogłębiana przez anonimowość. Ekstaza równoważona przez samotność. Kompletny miks wszystkiego i wszystkich, i w dodatku jakoś to funkcjonowało. Wyjazd do Chicago tylko na chwilę postawił mnie w roli odkrywcy. Musiałem odkryć jak przetrwać w robocie na straganie usytuowanym tuż pod urzędem imigracyjnym na skrzyżowaniu State i Adams. Musiałem odkryć jak z dnia na dzień ze sprzedawcy wciskającego przechodniom owoce po niebotycznych cenach stać się wykwalifikowanych sprzątaczem, wykonującym swoją pracę z godnością chirurga. Codzienność dostarczająca mi nowojorskich deja vu, czy jak kto woli w dzisiejszych czasach flash-backów sprawiała, że niewiele dostrzegałem już różnic. Szybkie odkrycia szybko zastępowała rutyna. Te same klamki, spłuczki, zamki, samochody, napoje, materiały budowlane, drogowskazy, autobusy, żarcie, architektura, bajera. Trzy kolejne lata minęły na przetrwaniu, bo pryśnięcie czaru domeną. Nawet posługiwanie się angielskim przestało mnie podniecać. Wszak gramatyka i leksykon mają swoje granice.... Po powrocie ze Stanów zacząłem się ogarniać w roli zawodowego muzyka, a w wolnym czasie, na fali wydarzenia, które w połowie pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia wstrząsnęło sercami Polaków zagłębiłem się w zagadnienie ekumenizmu. To, w krótkim czasie, doprowadziło mnie nad brzegi bezkresów tajemnic islamu, do których kluczem, jak mi się wydawało, była konsekwentna praca nad arabskim, a co za tym idzie jego zgłębienie. W miarę jak pęczniała fascynacja, puchło i  marzenie. Zaczynało się we mnie gnieździć i miało w sobie coś z pragnienia osiągnięcia nieosiągalnego, dotarcia do ludzi i miejsc, do których nie docierają podróżnicy, bo wszystko stoi temu na przeszkodzie, z polityką na czele. Zacząłem rozmyślać o wyjeździe do kraju, który nie przyjmuje turystów, bo go na to stać, którego obywatele nie pracują fizycznie tworząc społeczeństwo homogeniczne wyznaniowo, którego mentalność jest endemicznym hibernatem liczącym sobie prawie półtorej millenium, gdzie nowoczesne autostrady łączą jeszcze nowocześniejsze miasta spowijane nocami świetlistą łuną, jakby źródłem energii elektrycznej było perpetuum mobile, kraj, w którym Polonia to trzydzieści osób, a jego ziemie zamieszkiwane przez nieco ponad połowę liczby odpowiadającej populacji Polski mają powierzchnię połowy Australii. Pod nimi trzy czwarte światowych zasobów ropy, nad nimi bezwzględna teokracja, w retoryce i słowniku której brak słowa "tolerancja" - władza duchownych kontrolująca monarchię zapoczątkowaną przez ojca obecnie panującego władcy, liczącą tysiące książąt marzących o podjęciu walki o tron, który zgodnie z miejscową tradycją przechodzi ze starszego brata na młodszego. Ziemia, której w pełni nie podbiło żadne imperium oraz święta ojczyzna wielkiej religii z jej dwoma sanktuariami, do których wstęp niewiernym zakazany jest pod karą śmierci. To do nich co roku udają się miliony wiernych ze wszystkich zakątków Świata, aby odbyć pielgrzymkę oczyszczającą z grzechów całego życia, aby przywrócić duszę do stanu z dnia przyjścia na świat. 
Zacząłem marzyć o Arabii Saudyjskiej...

1 komentarz:

  1. Tak wielu ludzi mniej lub bardziej świadomie czegoś pragnie. Dopiero wyartykułowanie pragnienia stwarza realne szanse na jego realizację. Gratuluję wyartykułowania. / satnik

    OdpowiedzUsuń