czwartek, 9 października 2014

Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo!

- Karnas!
Głos mężczyzny, który nie rozumie, co to sprzeciw, wytrąca mnie z oczekiwania. Tempo kolejki do odprawy wizowej mierzone jest wnikliwością zadawanych pytań. Ja słyszę już tylko polecenia. Wypełniam fromularz imigracyjny. Gość niemal wyrywa mi z ręki długopis. Moje pobudzenie rozmija się z jego wyobrażeniem standardu spolegliwego podążania za tonem rozkazującym.
-Nazywam się Pan H.
-A ja nazywam się Pan K.
Znika gdzieś z moim paszportem i po chwili wraca. Zachowuje się retorycznie, więc poprostu biegnę w jego ślady. Patrzę jak wita się po drodze z karabinowymi. Obcałowują się, ściskają i śmieją. Ta cała atmosfera odwzajemniania pochlebstw w oddziałach władzy wykonawczej, którą tutaj sprawuje armia... Podjeżdża samochód. Pan Huda zagania mnie do wnętrza. Policjant na motorze toruje nam drogę przez zatłoczone ulice przedmieść stolicy. Czuję się oficjalnie.
- W hotelu wszystko ci wyjaśnią - kierowca umywa ręce od dalszych wyjaśnień. Przed hotelem dwa samochody policyjne i betonowa bariera z kolcami. Już się osuwa w dół. Wejścia do lobby strzeże pracownik obsługujący rentgen na bagaże. Na piętro wspinam się po schodach. W pokoju zimno jak w chłodni. Algieria!
   Fajnie, ale minbusem na próbę, minibusem do do hotelu. Tu za późno na kawę w centrum, tam lepiej się zatrzymywać. Chcę w końcu wyrwać się organizatorom. A bo po co? A niby gdzie? Nesrin w końcu się poddaje. Zostawia mnie przed kawiarnią, przy stoliku pod okapem. 
   Już któryś raz siedzę w tej samej knajpie. Dziś w poszukiwaniu toalety trafiam do piwnicy. Facet stoi przy jedynym pisuarze i obmywa sobie wodą z plastikowej butelki. Pomieszczenie jest niewielkie. Nawet szczyna inaczej tu wonia. Sfermentowana, słodka. Na wprost schodów zieje oczodół ościeżnicy pozbawionej drzwi. Czarnoskóry gość patrzy na mnie rozespanym wzrokiem. Łóżek jest kilka. Do pracy piętro wyżej kelnerzy wychodzą przez toaletę.
    Dopijam trzecią herbatę z miętą i ruszam. Byle dalej od portu. Cynkowa biel budowli i ażurowy błękit balkonowych balustrad-poplamione dowody upadku, wiary w to, że istnieje zewnętrzna siła, która utrzyma Afrykę w pionie, widać na każdym kroku. Wielopiętrowe zabytki puszą się wśród śmieci, otulone zapachem zgnilizny. Europejczyków nie widać. Festiwalowi goście poruszają się w autobusach, pomiędzy hotelami a salą koncertową, pośród stałych elementów wpisanych w krajobraz miasta - Policji i śmieci. Ta pierwsza ustanawia chwiejny autorytet przy pomocy karabinów, za to śmieci są jak Chiny. Nie da się ich powstrzymać.
 Wspinaczka w stronę Kasby ujawnia gruzowiska podwórek, a na nich dzieci grające w piłkę, restauracje ciasne i lepkie okupowane przez podstarzałych karciarzy. Za to zniknęli spekulanci szemrający swoje oferty.
- Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo! - ostrzega gość, widząc telefon w mojej dłoni. Gdzie ono jest? Podbiegnie? Chodzę ulicami już parę godzin, ale nikt nie zagaduje. Czuję się jak jedyny turysta w mieście. 
   Zataczam koło i docieram na dworzec kolejowy. Właśnie trwa bójka. Oszalały pracownik kolei szuka w popłochu jakiegoś narzędzia. Chce zdzielić gościa, który już dawno wycofał się z kłótni. Jestem gotowy opuścić to miasto, które w zaledwie pięć dni zdołało mnie odrzucić, zafascynować i znudzić. Biorę taksówkę. Droga powrotna do hotelu zajmuje mi prawie godzinę, a i tak czuję, że to centrum.
   Wyjazd do Tipazy przynosi upał i błękit nieba. Zniknęły śmiecie i smog. Teraz już tylko pary pochowane w zaroślach porastających rzymskie ruiny, wiatr od morza czeszący niewidzialnym grzebieniem przybrzeżne niskopnie i ta otwarta przestrzeń. Błękity, suche zielenie i jeszcze bardziej wysuszone brązy. Myślę o wyjeździe głąb kraju, choć owoce morza smakują tu bosko.
   O siódmej rano na peronie pustki. Jestem jedynym klientem przy kasie. Pierwsza klasa? Po co? Chcę zobaczyć, jak jeździ się w drugiej. Pociąg ma poszycie z potłuczonej, karbowanej blachy. Idę korytarzami czterech wagonów, których okna pootwierane są na oścież. Siedzenia pokrywa warstwa piaskowego pyłu. Kupuję bilet na pierwszą. 
  Ruszmy o czasie. Mijamy podmiejskie stacje, na których tłoczą się Algierczycy. Czekają na swoją kolej pośród powygryzanego betonu, zardzewiałych prętów i plastikowych śmieci. Tu dzielnice przypominają porzucony plac budowy. Zmęczenie nie pozwala mi czuwać przy oknie. Budzę się na chwilę gdzieś w górach. Palę dla otrzeźwienia przy otwartych drzwiach kołyszącego się wagonu. Ktoś zagaduje, reszta obserwuje. W wagonie restauracyjnym czyha samotny barman. 
   Do Konstantyny wtaczamy się z prawie trzygodzinnym opóźnieniem. Wał kolejowy pełen jest dzieci. Witają nas gradem kamieni. Przed stacja sznur samochodów. Korek zdążył sparaliżować miasto. Do hotelu przedzieram się taksówką. Pośród gruzowisk i szkieletów żelbetonowych konstrukcji, dwa kilometry robimy w pól godziny. 
   Ibis jak ibis - łóżko, telewizor, okno, łazienka. Po wodę trzeba zejść do baru. Ruszam w miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Obchodzę centrum, ale pora jakiś trefna, bo wszystko pozamykane. W pustej restauracji zamawiam owczą głowę. Słona i śmierdzi, więc przegrywam oliwkami i bułką. Mięsa na niej niewiele. Próbuję zjeść oko.
   Tuż obok mostu nad przepaścią dzieci wykrzykują coś w moją stronę. Słyszę jak za plecami rozpryskują się butelki. Nad krawędź urwiska brodzę w szklanych łupinach. Jakiś facet przygląda mi się z daleka. Portfel wciśnął sobie pod tiszert a na głowie globtrotterski kapelusz. Joël jest prawnikiem z Francji. Po pięćdziesiątce. Zdecydowanie woli towarzystwo chłopców. Ruszam na most, klikam parę zdjęć, robię skręta. To zawsze wzbudza zainteresowanie. Porozumiewawcze uśmiechy i prośby o bucha. Jakiś chłopak zatrzymuje się i w nabierającym tempa arabskim monologu instruuje mnie, że palenie haszyszu jest w Algierii zakazane. Brzmi stanowczo i poważnie. Joël nadbiega z odsieczą jak rycerz. Odpowiedź po arabsku zamyka chłopakowi usta.
  Tutejsza Kasba daje swoim biedakom widok. Rudery wiszą nad urwiskiem, na dnie którego płynie rzeka. Wspinam się powoli drogą do centrum, a obok mnie zatrzymuje się stary Peugeot. Kierowca macha w moją stronę. Zaprasza do środka. To Joël. Za dwadzieścia euro na dobę, od tygodnia tłucze się po Algierii w wynajętym gruchocie. Najchętniej nocą. Nic, co przeczytałem i usłyszałem o bezpieczeństwie w tym kraju nie trzyma się kupy. 
   Żeby dotrzeć do jednego z mostów, kluczymy wyboistymi zaułkami. Parkujemy w zatoczce, tuż za tunelem wydrążonym w litej skale. Na murku sięgającym kolan siedzą z wywieszonymi nogami Algierczycy. Pod ich stopami kilkuset metrowa przepaść. Jakieś grupy piknikują na kamieniach wyrastających z pionowej ściany po drugiej stronie urwiska. Skradam się do krawędzi, żeby zerknąć w rozpadlinę. Jeden z nich przeskakuje przez murek i staje nad przepaścią. Waży grubo ponad sto kilo. Ci ludzie nie boją się wysokości.
   Do Algieru wracam taksówką. Stolica nie jest miejscem, gdzie chcę się luzować. Przechadzka z Darią wzbudza zainteresowanie miejscowych. Długo zajmuje nam marsz po kebab, a potem poszukiwanie miejsca, gdzie w spokoju można go pogryźć. Siadamy na rurkach jakiejś balustrady. Rozmowa się snuje, ale miejsce nie daje spokoju. Starszy gość w poplamionej galabiji znowu ostrzega nas przed nie wiadomo czym. Trudno tu o niezachwianą pewność, czy aby granica, poza którą już tylko łzy i wywiad do kamery w towarzystwie dwóch zamaskowanych wyznawców religijnej rewolucji, nie została już przekroczona.
   Do hotelu biorę taksówkę. Kierowca ledwo mieści się za kierownicą. Nie chce zejść z ceny. Ma przecież chusteczki. Mogę też skorzystać z jego dezodorantu i przegryźć gumą do żucia. Biorę gumę. Zatwardzenie na ulicach miasta dopiero wieczorami reguluje się w bezbolesny przepływ samochodowej masy. Taksówkarze są zmęczeni. Ten też pracuje po szesnaście godzin. Chłodniejsze powietrze i szybka jazda przy otwartych oknach sprzyjają milczeniu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz