sobota, 1 czerwca 2019

1. A przyszło znad Rzeki Czerwonej - Powrót

11.03
W spisie moich międzykontynentalnych przepraw tego jeszcze nie było! Podróż Dreamlinerem z Warszawy do totalnej zmiany świata, w jedenaście godzin bez przesiadki za grosze.  
Sajgon jest upalny. Pod tym względem nic się nie zmieni, przynajmniej do kolejnego zlodowacenia. Niebo od czterech miesięcy czeka na swoją menstruację, nabrzmiałe od deszczu niewidzialnie sycącego powietrze wymęczone spaliną. To ostatnie podrygi pory suchej. 
To tu pięć lat temu Azja Południowo-Wschodnia rozdziewiczyła moje wyobrażenia o życiu w tym zakątku świata. Początkowo naiwne, ostatecznie nasycone tą dozą realizmu, której dostarcza pobyt wśród ludzi, gdy znika pośpiech, bo nie ma już do czego się śpieszyć.
Miniona jesień była dla mnie czasem wyczekiwania na powrót. Była to jesień najgorsza! Niekończące się konwulsje kolejnego związku w rozpadzie i ten piętnastomilimetrowy pumeks po środku prostaty! To ogień i metal. Noszę to światło, żeby miało się co odbijać w lustrach. Sprowadzam burzę ku przestrodze, wzniecam pożary ku pamięci. Zanim dym opadnie, odcinam się od własnej pożogi i ruszam dalej, tam gdzie dawno nie było wichury, tam gdzie światło wciąż blade. Stąd te zapalenia wszystkiego, co wkurwia i przedsmak starczych doświadczeń, gdy trzeba minut, żeby wytrząsnąć z siebie tę odrobinę płynu. Stąd ten szpital i wydzieranie na siłę, tydzień z rurką w pęcherzu i gojenie ran. Czas w geologi. Nieskończoność w przestrzeni. Ot symboliczna koda kolejnego cyklu życia bez znaczenia. Przede mną szachownica. To jedna ze ścian gigantycznej kostki Rubika. W skupieniu planuję pierwsze posunięcia. Dużo wody! Oto strategia na ogień. Tę partię chcę rozegrać od niechcenia. 

12.03
Kraj opuszczam w pośpiechu. Dopiero w pociągu dociera do mnie, że chyba jajka w lodówce a śmieci w koszu będą oczekiwać mojego powrotu, a przecież drzwi zaryglowałem na kilka miesięcy. Zakręcić wodę i odesłać modem. Ciach! Ale napisać wszystkie maile? Setki korespondencji i rozmów nastawionych na cele, którym daleko do spełnienia ciągnę za sobą w kieszeni jedynego plecaka.

13.03
Mój Hostel obsługuje sezonowy wylew rzeki młodocianych turystów. Przyjeżdżają tu z zamożniejszej Europy w pogoni za przygodą. To jednostki nieprzeciętne. Przecież sami się organizują i ruszają w nieznane. To przyszli księgowi, prawnicy, lekarze, nauczyciele, urzędnicy podatkowi paradujący po centrum Sajgonu w strojach plażowych. Wystawiają na słońce wszystko to, co skrzętnie chowają miejscowi i włóczą się po głównych ulicach. Tam robią fotoreportaże z życia ludzi, którzy mają dość przyjezdnych, jedzą w knajpach, które zebrały najwięcej lajków, a hotelowi przewodnicy prowadzą ich za rękę do najpopularniejszych atrakcji turystycznych. Towarzyszą im podobni do nich notariusze w trampkach, pracownicy korporacji w sindbadach i sekretarki małych firm w strojach plażowych bez ramiączek. Jeszcze nie wiedzą, ze już tam pracują na spłatę kredytów na domy, samochody i przyszłe wycieczki do lepszych hoteli w towarzystwie równie dobrze usytuowanych wyznawców konsumpcjonizmu. Na razie są hipisami w poszarpanych ciuchach. Odruchowo za wszystko dziękują, do każdego się uśmiechają i każdemu poświęcają odrobinę czasu.

14.03
Dzisiaj po południu wypiłem tutejszą kawę z mlekiem. Parzona przy pomocy aluminiowego narzędzia z trzema filtrami kapie zbierając się na dnie szklanki w postaci smolistego nektaru. Już kilka miesięcy nie wlewałem w siebie kofeiny. Czuję jak słońce znad Płaskowyżu Centralnego zaczyna we mnie buzować, jak tępe ciśnienie uderza mi do głowy. Mówię głośno i szybko, z emfazą tłukę w klawisze komputera, chodzę po pokoju w tę i z powrotem aż w końcu wychodzę na korytarz. Chcę ze swojego samopoczucia zwierzyć się Okularnicy z recepcji. 
- Dlatego jeszcze nigdy nie piłam kawy - afiszuje się przezornością jakby o wstrzykiwanie heroiny chodziło. Coś w tym jest, bo nie śpię do rana.

17.03
Co jeszcze można zrobić w kraju, który przemierzyło się wzdłuż i wszerz? Czar spotkania z nieznanym dawno przecież prysł. Przede mną czas przebierania w resztkach. Poruszam się w koleinach wyklepanych miksturą doświadczeń i wspomnień o tym, co przyjemne i uzależniające. Wyostrzam okular. 
Pierwsze dni mijają mi na chodnikach na zaliczaniu sprawdzonych jadłodajni. Tak. Ci sami sprzedawcy kokosów, taksówkarze na motorach, handlary butami, naganiacze z agencji turystycznych, dilerzy. Tym razem planuję nowy styl podróży. Będę sypiał na pałę w najtańszych hotelach bez rezerwacji na wyrost. Nie będę sprawdzał gdzie się znajdują ani czy ktoś je poleca. Od niedogodności uchroni mnie skuter.
20.03
Trudno jest dokładnie określić charakter Sajgonu. To azjatycka metropolia. Bogata i biedna zarazem. Wieś ściele się na jej wielkomiejskich chodnikach. Plugawe targowiska afiszują się w sąsiedztwie manifestacji dobrobytu. Sajgon to gigantyczna mozaika wszystkich kultur i warstw społecznych Wietnamu. To najlepsze miejsce do robienia pieniędzy, najgorsze do nauki języka. Miasto pozbawione jednego wzorca, jednolitego stylu. To aglomeracja gwarantująca anonimowość. Mieszkania wynajmowane za gotówkę bez meldunku. Reprezentanci wszystkich plemion, mieszkańcy wszystkich prowincji i wszystkie rodzajami świątyń. Bogactwo kontrastuje z biedą, skrajny brud z odświętną czystością. Mnie pociągają te nieczyste rewiry. Tam ludzie są weseli, rozgadani, prostolinijni. Lubię być wśród tych przykutych do chodnika. Oni przywykli już do patrzenia w górę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz