czwartek, 6 czerwca 2019

2. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

22.03
Jeszcze nie ma dziewiątej rano, a tu totalna kapa. Ktoś wyczyścił mi plecak z gotówki. To znaczy miałem się tu na niej jeszcze parę miesięcy pobujać. A było to chyba tak. Odwiedzili mnie przyjaciele z Polski. To znaczy tak się mówi po angielsku. Po polsku to kumple? Nie. Kumple to z boiska albo od wódki i w dodatku to sami faceci, a tu o parkę chodzi. Koleżanka i kolega? Też nie. Nie jesteśmy w szkole ani w pracy. Znajomi? Nie, nie. Przecież pozwalamy sobie wobec siebie na bezpośredniość i komfort bycia niepoprawnym. Przyjaciele? 
No więc siedzę z przyjaciółmi w hostelowej kuchni. Oni palą jointy i dzielą się wrażeniami z dziewiczej podróży we dwoje, a ja próbuję słuchać. Ten i dwa kolejne dni mijają na podobnej beztrosce bez konieczności zaglądania do plecaka. Jeszcze mam trochę po kieszeniach. Trzeciego dnia rano grzebię w szafce, a tu kurwa bingo. Puściutka koperta. Uczucie odwrotnie proporcjonalne do euforii, której doświadczył złodziej na widok moich dolarów w gotówce rozchodzi się we mnie jak fala erupcji tektonicznej. W mgnieniu oka i na wysokim Richterze.
Przyglądam się teraz szafce złodziejskim okiem. Niby zamknięta, ale jak odrobinę klamkę w dół przycisnąć, to otwiera się gładko. Inne szafki też sprawdzam. Co za gnój! W Kiki's house opuszcza mnie czujność. Ostatnie pół roku dało mi w kość, a teraz jeszcze ta zmiana otoczenia. W dodatku po raz pierwszy od lat w Sajgonie jestem sam. David-Rybak-Wagabunda rutynowo i cyklicznie odcina się od przyjaciół. Nawet swojego Bartosza pogonił, bo co za długo, to za nudno. To akurat w pełni rozumiem. Ileż można oprowadzać kogoś po graciarniach wspomnień. Ot w co obracają się historie ze światów, których na liście nowych odkryć już dawno przestało przybywać. Ponadto nęka go pogłębiającą się paranoja. Internet go inwigiluje a David podchodzi do tego z powagą. Anh też się odcięła. Nasze pierwsze spotkanie po prawie siedmiomiesięcznej przerwie to koktajl z radości i smutku. Takiej mieszanki doznań dostarczają ostatnie podrygi w pajęczynach sentymentów utkanych z pamięci. To między innymi dlatego się tu znalazłem, żeby zakończyć tę dwuletnią przygodę. Przez internet można się wyspowiadać, ale nie można się rozstać.

23.03
Naiwność jest podstępna. Uwielbia zasadzać się na tych, co zakuli się w zbroje ostrożności. To tam w końcu napasie się do syta, bo tacy ostatecznie tracą najwięcej. Cały ten powrót do Azji, w amoku, w półśnie, w znieczuleniu ustawił mi scenę dla aktu o dotkliwej stracie, lekcji, że wszystko w co wierzę i co wygłaszam wystawi mnie ostatecznie na próbę. Wczoraj miałem, dzisiaj nie mam, a przecież się przyzwyczaiłem, ba, nawet uwierzyłem, że mi się należy. Nieoczekiwana zmiana okoliczności i akceptacja nowych realiów w mgnieniu oka. Oto sens improwizacji, oto treść recepty na świat, w którym nie da się zwariować. 
Mimo to próbuję ustalić w jakim stopniu hotel poczuje się do odpowiedzialności, skoro recepcjonistka zachęcała mnie do pozostawiania rzeczy w szafce, twierdząc że są bezpieczne. Tak odpiera wątpliwości, które wygłaszam na ich widok. Zmęczenie podróżą sprawia, że dyskusję z jej zapewnieniami odsuwam na bok. Chcę się jak najszybciej rozgościć. Właściciel rozgrywa to zupełnie inaczej. 
Pieniądze? Jakie Pieniądze?! Sprawdziliśmy nagranie z kamery wideo. Nikt nie wchodził do tego pokoju oprócz sprzątaczki, pościelowego i osób, które tam mieszkają. Z takimi jak ty setki razy miałem już do czynienia. Oszust jesteś, poza tym na nagraniu z kuchni widać wyraźnie co tam robicie - straszy dowodem, że było jarane - Jak chcesz, to zgłaszaj sprawę na policję - dobija wieko ostatnim gwoździem na ciasno wiedząc, że w tej sytuacji niczego nie będę zgłaszał.
Wyczyszczony z gotówki przez dwa dni porządkuję stosunek do nowego rozkładu rekwizytów na scenie mojego wędrownego teatru. O dwa dni za długo.

25.03
Khoi Hostel jest cichy. Prawie wszystkie otaczające go hostele tętnią, życiem. Pełno w nich adorujących się plecakowiczów. Popijają zielone Sajgony i zamiast delektować się smakiem zatracenia w nieznanym świecie, odkrywają ceny mieszkań w Berlinie i wysokość zarobków w Amsterdamie. Oto sens ich podróży do dalekiej Azji.
Okularnica z recepcji już któryś dzień nie spuszcza wzroku z ekranu telefonu. Zachowuje się sennie. Odpowiada na pytania, ale nie angażuje się w rozmowę. Ma dwadzieścia trzy lata. Do Sajgonu przyjechała w poszukiwaniu pracy, rozrywki, lepszego życia. 
- W Nha Trang jest dla mnie za nudno! 
Dobrze zna angielski, a do tego wyróżnia się urodą. Jest drobna i zgrabna. Jej ciało jest miękkie. Takiej dziewczynie łatwiej porwać się na emigrację. To na jej dyżurze ktoś mi zajebie hamulec tarczowy z przedniego koła skutera, który wynajmuję za rozsądną cenę. Od szukania winnych uchroni mnie przeświadczenie, że to moje nieuświadomione długi nadal się spłacają. Realia podróży, podczas której człowiek zdany jest sam na siebie nie pozwolą mi zapomnieć, że na Okularnicę trzeba już uważać.

27.03
Mija sześć miesięcy od kiedy Michael, zasuszony potomek Burów, zakoczował w Khoi Hostel. W takiej noclegowni sytuacja zmienia się jak na dworcu kolejowym - ludzie przychodzą i czekają na transport, który zabierze ich w kolejne miejsce pełne twarzy łatwych do zapomnienia. Od kiedy dołączyłem do towarzystwa opuścił nas gitarzysta Freddy – ciekawy życia flejtuch o przyjaznym nastawieniu, oraz pedantyczny Joe. - Piszę książkę – odpowiada na pytanie o sobie po jakimś tygodniu mijania się bez słowa. Książkę? Chyba kompendium wiedzy na temat źródeł swojej introwersji. Jak dotąd nie zauważyłem, żeby z kimkolwiek rozmawiał. Adorujące się angielki Kelly i Margaret też zniknęły po kilku dniach. Do tego czasu tak ciężko stąpają po podłodze jakby wychowały się w angielskich zamkach. Ich dudniące pięty nigdy nie uwzględniają istnienia sąsiadów piętro niżej. Odszedł też cichy Koreańczyk i szczudłowaty Hindus. Narcystyczny Nowozelandczyk Chris kontemplujący nieustannie sens nadmiaru nosa na tle całej reszty, którą tak w sobie uwielbia też się po paru dniach zerwał. Podobnie Jean-Jacques – rozkochany we wnuczce, emerytowany sanitariusz z Kanady i Maria – osiemnastoletnia piękność z ojca Hiszpana i matki Angielki. Wygłasza banały, a my jej z łatwością wybaczamy.
Wczoraj z samej Brazylii zawitał do nas Jezus! Zamiast dobrej nowiny (bełkocze i sepleni po hiszpańsku) przywlókł ze sobą aurę spoconego podróżnika palacza. Kiedy nie pali na balkonie to skręca, kiedy nie skręca to kaszle, kiedy nie kaszle i nie skręca to słucha muzyki. Ujadanie gitar Ramsteina wycieka z jego słuchawek, co grają sucho jak kostur pielgrzyma. Ostatnio zaczął skręcać z grubych kartek notatnika. W Norze Palacza, do której prowadzę Jezusa, stara w słomkowym kapeluszu wykopuje z wymiętego pudła czarny worek na śmiecie. Tak chroni przed wilgocią pospinane gumkami paczki bibułek. Na próżno ich szukać poza Sajgonem. Na próżno ich szukać w Sajgonie poza Bui Vien. Zaopatrzony w bibułki i spory zapas jarania Jezus w ogóle już nie rusza się z pokoju. Skręca, pali jeden za drugim, zgięty nadmiarem euforii popołudniami drzemie, a potem w nocy wierci się po pokoju i śmieje się sam do siebie. Jestem jedynym świadkiem tego szaleństwa. Michael zawsze śpi jak zabity. Teraz na pokoju jesteśmy tylko w trójkę.

28.03
Coś zmienia się na lepsze. Okularnica z recepcji zniknęła na dobre. Gdy tak po raz kolejny jej nie widzę, przypomina mi się hamulec, który mi na jej wachcie podjebali. Pewnie szefowa też już się połapała, że dziewczyna żyje w telefonie. Podpytuję o szczegóły siostrę właścicielki hotelu. Niechętnie podejmuje temat, ale w końcu puszcza farbę. - Pięć dni ciężarówka ją na motorze przejechała. Pogrzeb był przedwczoraj. Podobno chłopak ją rzucił...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz