niedziela, 14 kwietnia 2013

Lepsze czasy

    Decyzja zapadła. Jedziemy obczaić co u Dudusia. Paluch przy okazji kupi sobie w Paryżu tańszy bilet do USA. Czas był dobry. Zero obowiązków czy zobowiązań wobec kogokolwiek. Mijał bez pracy. Bez pieniędzy... 
Z Dudusiem nic mnie w sumie nie łączyło, oprócz tego, że kiedyś zaprosił mnie na chatę, podał lufę nabitą materiałem własnej produkcji i tak się zaczęła przygoda, a że do pierwszego razu zawsze lgnie sentyment długo się nie zastanawiałem. Paluch załatwił jego belgijski adres od dziewczyny z szóstki, do której kiedyś Duduś coś tam podobno pisał… Po całodobowej podróży, z przerwą na nocny bezruch w autostopie i sen pod chmurą dotarliśmy do Paryża. Nocleg jak zwykle u Doroty, w wynajmowanym przez nią Chambre de bonne. Tym razem w siedemnastej dzielnicy. Przy Rue de Ranelagh, tuż obok ówczesnej czeskiej ambasady. W sumie to nieźle wypasiony skrawek miasta. Szykowna brama wejściowa. Równie szykowne pomieszczenie przedsionka klatek schodowych i ta podejrzliwie reagująca na nasze przywitania konsjerżka. Atmosfera nasączonego zapachem staroci, zatopionego w półmroku, wąskiego korytarza dla służby, do którego prowadziły drzwi po prawej, w oka mgnieniu uzmysławiała, iż istnienie w kamienicy dwóch odrębnych światów jest faktem. Kręte, wąskie schody przez sześć pięter prowadziły na poddasze pełne klitek typu dwa na trzy z dzielonym przez wszystkich mieszkańców wychodkiem. Przed oczami przebiegały sceny z Polańskiego. Za dnia panował tam kompletny bezruch przemieszany z martwą ciszą, czasami tylko przerywaną odgłosami sapania lokatorów umęczonych drogą powrotną z wypadu po butelkę wody do sklepiku na dole. Gdzieniegdzie dawało się słyszeć muzykę dobiegającą przez drzwi apartamentów tej dziewiętnastowiecznej kamienicy, za którymi kryły się ich ogromne kuchnie.
    Obraz mojego blokowiska powoli roztapiał się w niepamięć. Dorota czas romantycznych uniesień pod wpływem atmosfery Paryża miała już jednak za sobą. Magiczny rok jej pierwszych, dorosłych, choć wciąż dziewczęcych doświadczeń okresu dziekanki wziętej jeszcze przed rozpoczęciem studiów filologicznych właśnie dobiegał końca. Gdy ona zajmowała się dziećmi z burżuazyjnych dzielnic, ja szlajałem się z Paluchem po mieście. Jako, że odwiedzałem Paryż już któryś raz z kolei w przeciągu zaledwie paru miesięcy z obojętnością wziąłem na siebie rolę przewodnika. Perspektywa zwiedzania Bystrzycy Kłodzkiej pewnie znacznie bardziej by mnie ożywiła. No bo co! Dzielnica ŁacińskaPlace de la Concorde i wyrastająca z niego Avenue des Champs-Élysées, Łuk Triumfalny, no i okolice placu Pigalle. Typowy plan wycieczki dla japońskiego turysty, który na zwiedzenie całej Europy, do której oczywiście nigdy już nie powróci, ma dwa tygodnie i dobrze o tym wie. Tylko konkret! 
     Montmartre jak zwykle pełen był turystów podziwiających panoramę Paryża, która zdrowego człowieka zawsze skazuje na podziw. Łatwo tam siedzieć godzinami, obserwując przewijające się tłumy turystów. Od razu podłączyła się do nas głośna grupa legitymujących się mroczną karnacją, uśmiechniętych chłopaków ze słonecznego Maghrebu, bardzo z resztą chętnych do rozmowy. W ostatniej chwili zauważyliśmy, że ich zwinne, śniade dłonie równie chętnie próbują otworzyć przytwierdzony do paska spodni portfel Palucha. Na szczęście w porę. Intuicyjna podejrzliwość człowieka w podróży czy ludzka podejrzliwość względem bliźniego? Raczej przekleństwo ksenofobicznego wychowania, rzucone na kilka generacji pozamykanego na świat PRL-u, w którym jedyną  etnicznie wyróżniającą się grupą byli Cyganie. Stracone pokolenie Pszczółki MaiPodróży za jeden uśmiech czy pozbawione perspektyw na życie w braterskiej koncepcji świata pokolenie Krzyżaków. Czujność zakorzeniona w tym ksenofobicznym dziedzictwie tym razem ocaliła nas przed smrodliwym bukietem konsekwencji.
    Kolejną noc znowu spędziliśmy leżakując na podłodze u Doroty. Całonocne pogawędki po powrocie z miasta, przy winie na naszą kieszeń, paryskim Radio Jazz i z pobliską Wieżą Eiffla, żarzącą się niczym lampka nocna nad dachami kamienicy miały w sobie atmosferę wigilii jakby potęgowaną podświadomym przeświadczeniem o nadchodzącym końcu Świata, i że następna taka już nie nadejdzie. I w sumie nie nadeszła. Drogi życiowe Doroty i moja miały wkrótce się rozejść, a Paluch powiesić. Jednak w takich chwilach życie staję się bezkreśnie kojącym lazurem oceanu perspektyw oraz wiary w prawo do bycia ich udziałowcem.
    Nazajutrz ruszyliśmy metrem do Porte de la Chapelle pod zjazd na A1 i od razu podreptaliśmy z plecakami w dół rampy. Oprócz nas kilka par jadących do Amsterdamu próbowało za pomocą zabazgranych kartonów sygnalizować chęć podróży na północ. Po kilkudziesięciu minutowym oczekiwaniu, medytując gorzko nad pobudkami tych, co nie reagują na błagalne sygnały autostopowiczów uruchomiliśmy alternatywną strategię wyrwania się z grawitacji rozpędzonej i obojętnej na przybłędów stolicy. Światła sygnalizacyjne na górze! Na czerwonych, bezpośrednie starcie werbalne rozpuszcza obojętność większości kierowców. Jak na przesłuchaniu zaczynają zdradzać cel swej podróży, lub przynajmniej zaprzeczają, że nie jadą tam gdzie chcemy. Metoda „na konfrontację” sprytną acz łagodną z łatwością przyciska do muru większość francuskich kierowców. Wyjątek stanowią ci dobrze pamiętający czasy Generała De Gaulle’a, a opowieści o Drugiej Wojnie Światowej znający z pierwszej ręki. Nasza przyjazna cierpliwość na chwilę cywilizuje ich oblicza. Prędkość bowiem, z jaką już za chwilę zapierdalać będą z górki w swych rozpędzających się maszynach w mgnieniu oka przywróci ich we władanie zwierzęcej naturze praprzodków. Zanik wyrzutów sumienia zwykle powodowanych ignorancją wobec wszystkiego, co na zewnątrz i w bezruchu będzie w dodatku postępował wprost proporcjonalnie do wzrostu tej prędkości. Co z tego wynika? U podnóża rampy na złapanie okazji nie ma żadnych szans.
     Do Brukseli dotarliśmy późnym popołudniem. Paluch uparł się żeby pod adres Dudusia dotrzeć z buta. Spoko.
Bruksela jest stolicą najdalej na północ wysuniętego przyczółka francuskojęzycznego romanizmu, który w połączeniu z Flamandzkim germanizmem zwany jest Belgią. Niska zabudowa z czerwonej cegły czy nawet te ażurowo upstrzone fasady zabytków rynku jej starego miasta, w zestawieniu z majestatycznymi cielskami paryskich kamienic muszą dawać Belgom do myślenia. Kosztowny przepych architektury stolicy ich imperialistycznych pobratymców z południa dowodzi, że tamci najwyraźniej
o d r o b i l i  lekcję ze sztuki podbojów.
Błąkając się przez półtorej godziny w gęstniejącym mroku, dotarliśmy do celu. Na sygnał dzwonka nikt nie zareagował, aczkolwiek drzwi otworzyły się bez trudu. Na końcu mrocznego korytarza, przez szpary w ościeżnicy majaczyło blade światło. Dobiegały do nas jakieś stłumione głosy. Zapukałem do drzwi i nie czekając na odpowiedź powoli je uchyliłem. Na środku pomieszczenia bez okien znajdował się niski, oświetlony bladożółtym światłem stół. Nad nim, na długim kablu, zwisała zakurzona żarówka. Chyba sześćdziesiątka. Na stole spoczywał mocno nadpity, dziesięciolitrowy baniak z winem, szklanki do herbaty w różnym stopniu wypełnione czerwonawym płynem, paczka tytoniu na wagę, maszynka do skręcania papierosów oraz kanapki, upstrzone fantazyjnie zakiepowanymi w nich petami. Chyba sprzed paru dni. Dookoła stołu zdumieni biesiadnicy wpatrywali się w nas z milczącą powagą.
- Dobry wieczór. - rzuciłem nonszalancko prawie wszystkim, czym bez zastanowienia byłem w stanie po francusku zabłysnąć. - Szukamy naszego kumpla. - dodałem po dłuższej, nerwowej przerwie na ułożenie kolejnego zdania.
- Co on kurwa gada?! Lidka! Ty coś tam po francusku składasz - wycedził teatralnym szeptem siedzący na taborecie mężczyzna o poczerniałych paznokciach.
Ułamek sekundy dzielił mnie od erupcji wysyłąjącej impuls do rozwiązania tej absurdalnej łamigłówki. Belgia? Żarówka bez żyrandola? Baniak z winem i kiepy w kanapkach? Rodacy!!! Atmosfera rozluźniła się w mgnieniu oka. Trafiliśmy pod  w ł a ś c i w y  adres. Blue bingo!
A Duduś? Od jakiegoś już czasu pracował na wsi na „stałce”, zaś nowopoznani rezydenci tego popadającego w ruinę domu od dawna siedzieli bez roboty. To dlatego wieczorami, przy baniaku wspólnie czekali na lepsze czasy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz