piątek, 5 kwietnia 2013

Śmierć syna

  Szesnastoletni Kamil nie wracał do domu. Ojciec położył się wcześniej. Mama nie spała do północy. Rano wykonała pierwszy telefon. Piotr, kolega z koła wędkarskiego, w żaden sposób nie mógł jej pomóc. Ojciec od rana w milczeniu siedział przed telewizorem. Zrobił sobie jajecznicę na boczku z cebulą i herbatę z cytryną i miodem spadziowym. Mama koło południa zadzwoniła do miejscowego komisariatu by powiadomić oficera dyżurnego o zaginięciu małoletniego syna. Krótki rysopis - znaki szczególne...Do późnych godzin nocnych nie zmrużyła oka w oczekiwaniu na wiadomość. Jak zwykle ułożyła rzeczy na jego biurku. Poprawiła ubrania porozrzucane w szafie. Wygładziła pościel. Gdy wieczorem w pokoju dziecięcym gasło światło, na chwilę uchylała drzwi. Jego równy oddech uspokajał przed pójściem do łóżka. Ojciec rzadko tam zaglądał. Jadał obfite kolacje. Chadzał spać wcześniej. Sen nadchodził szybko. 
   Kolejne dni nie przynosiły zmiany. W życie uszczuplonej brakiem syna rodziny wkradała się beznadzieja, ta zaś, z upływem kolejnych tygodni przemieniła się w milczącą rutynę. Święta Bożego Narodzenia, jego urodziny, Wielkanoc i zawsze wyczekiwane przez mamę wspólne wakacje. U babci. Bez ojca. 
Pod koniec listopada, w wigilię urodzin głowy rodziny, wśród folderów i korespondencji na temat stanu konta w regionalnym banku, pojawił się list. Od niego! 
  Kamień na twarzy ojca skruszał w dawno niećwiczonym półuśmiechu.
- Mamo!
Kamień na twarzy ojca.
- Ja żyję własnym życiem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz