sobota, 20 kwietnia 2013

Wydajniejsza alternatywa dla fotosyntezy

  Wiosna, astronomiczna już od siódmego lutego, to czas zjawisk nabierających rozpędu. Wszystko nabiera tempa i rozmiaru. Marcowe koncerty na rozgrzewkę po długiej zimie 2012, w towarzystwie azerbejdżańskiego pianisty – Elchina Shirinova były powrotem zespołu na ambony kameralnych świątyń muzyki. W krakowskim "Harrisie", radlińskim MOK-u i wałbrzyskim "Apropos" (w tym ostatnim jedynie sporadycznie zakłóconym przez odurzone alkoholem organizmy znad koryta) atmosfera sprzyjała zarówno kreacji jak i odbiorowi, mikrokosmicznej symbiozie nadawcy i odbiorcy. Crossinspiring?
  Dwunastodniowa przerwa przed występami na Węgrzech wystarczyła na ustabilizowanie energii życiowej, na wylizanie ran po podróżach przynoszących spotkania z nieznajomymi. Postawa pełna otwarcia, potrzebna dla powiedzmy twórczej ekspresji bywa jak miecz obosieczny. Pomaga emanacji piękna, stając się jednocześnie kanałem zwrotnym, dla energii zachowań bliźnich operujących na innym poziomie inteligencji emocjonalnej, a nad tym zapanować nie sposób. Jakieś wnioski? Tak jak nie przystoi kupczyć w świątyniach, tak też niegodnie jest chlać i głośno wpierdalać tam, gdzie muzyczna atmosfera „nabożnego” skupienia przeważa, bo zasadniczo wynika z potrzeby większości słuchaczy.Te klubowe rozgrzewki przed
występami w Budapeszcie przypomniały mi  o emocjonalnym charakterze pracy na scenie. Duet z cygańskim (romskim) cymbalistą Miklósem Lukácsem oraz występ z towarzyszeniem Modern Art Orchestra były częścią inauguracji otwarcia nowoczesnego centrum muzyki. Ta chyba typowa, jak się okazało „salonówka” z dziennikarzami, ludźmi kultury oraz politykami z premierem Węgier siedzącym na czele w pierwszym rzędzie zdawała się jedynie to potwierdzać. Garderoby mrowiły się od medytujących przed wyjściem na scenę gwiazd węgierskiej kultury.
   Mojemu trzeciemu już występowi w Budapeszcie nieodłącznie towarzyszył podziw, dla kulturowego endemitu, jakim stały się Węgry skazane na odosobnienie przez swój własny język. Uważnie przysłuchując się przemówieniom przeplatanym występami najznamienitszych postaci węgierskiej sceny muzycznej, których usłyszeć, a tym bardziej zobaczyć w mediach komercyjnych nie sposób, nie rozpoznałem ani  j e d n e g o  słowa! Węgierskie rzeczowniki odmieniają się na dwadzieścia siedem sposobów. Genetycznie mowa Madziarów klasyfikowana jest jako język aglutynacyjny. To właśnie owo charakterystyczne komponowanie słów na zasadzie łączenia „glutów” w dłuższe ciągi sprawia, że z niczym takie słowa nikomu oprócz Węgrów się nie kojarzą. Gdy jako dziecko oglądałem czechosłowacką telewizję, którą „łapaliśmy” bez problemu żyjąc w strefie nadgranicznej, podobne do polskich słowiańskie zwroty, odpowiednio osadzone w kontekście sytuacyjnym, w mgnieniu oka ujawniały swoje znaczenia. Węgierskie dzieci „latając” po obcojęzycznych kanałach muszą natrafiać na niemożliwą do spenetrowania, nawet przez dziecięcą intuicję, gęstwinę niezrozumiałych dźwięków. Wszystko, co nie jest ich mową ojczystą staje się kakofonią znaczeń. Wyobrażam sobie polskie dzieci, które z obcojęzycznej oferty kanałowej mogą wybierać jedynie programy po arabsku, grecku, bretońsku czy chińsku...
Człowiek wychowany w poczuciu tak silnej izolacji musi mieć szczególną potrzebę budowania jakiejś więzi, jakiejś społeczności, której członkowie muszą mieć równie silne poczucie jedności. Potrzebę tę musi potęgować fakt, iż jego najbliżsi „krewni” żyją w centralnej Azji na brzegami rzeki Ob…
   Te małe, wiosenne preludia do majowych występów na festiwalach w Rumunii utwierdziły mnie w przekonaniu, że ciężki jest los jedynaka, i że praca na scenie musi mieć charakter dorywczy, bo może pociągać za sobą okresy duchowej rekonwalescencji… Rumunia - kraj ludzi z temperamentem! Przebieg rumuńskiej rewolucji oraz ekstrawagancki styl prowadzenia negocjacji narzucony przez promotora organizującego nasze rumuńskie koncerty są tego jaskrawym dowodem. Perspektywa zetknięcia się z obyczajowością, czy językiem Rumunów, z którymi jeszcze przed wojną dzieliliśmy trzysta pięćdziesiąt kilometrów pasa granicznego, zawsze silnie pobudza moja wrodzoną ciekawość oraz zamiłowanie do przygody. To w jej naturze leży przecież objawianie kolejnych tajemnic życia poprzez potęgę konfrontacji z nieznanym. Dwie dotychczasowe wizyty zespołu w Dacji uchyliły rąbka wielu z tych tajemnic niejednokrotnie czyniąc z nas świadków jego bezwstydnego łopotu.
Majowy wyjazd będzie więc podróżą sentymentalną, zaś uważna lektura wybranych rozdziałów przewodnika turystycznego przeplatana pobieżną lekturą podręcznika do nauki rumuńskiego ofiarą na ołtarzu Bogini Odważnych i Ciekawskich, na którym od lat, nieustannie tlą się kadzidła.
    Kwiecień zapoczątkował również długą pauzę na zainicjowanie przygotowań do kolejnej trasy na Dalekim Wschodzie. Czekam na ten wyjazd jak na Wielką Przygodę. Grając rok temu po raz pierwszy dla chińskiej publiczności, uświadomiłem sobie jak nieprzewidywalny to odbiorca. Odmienność chińskiej rzeczywistości, najagresywniejszego de facto kapitalizmu zarówno wobec własnych obywateli jak i na planie gospodarki globalnej, gdzie Ameryka już dawno poszła w odstawkę na boczny tor, zauważalna jest w w każdym aspekcie życia codziennego. Najbanalniejszym, a zarazem najbardziej fascynującym przejawem owej odmienności jest kuchnia chińska. To ona stanowi oś oraz sens życia w Kraju Środka. Je się tam dużo i wszystko. Tak jakby Wielki Głód trwał w pamięci pokoleń, które „popasem” chcą z jednej strony złagodzić, z drugiej zaś zrekompensować sobie traumatyczne wspomnienie ogólnonarodowego pomoru sprzed ponad pół wieku… Intensywność fascynacji Chińczyków bogactwem spożywanych pokarmów jest bezgraniczna, zachłanna. Ich potrzeba, wręcz żądza różnorodności stworzyła specyficzny interwał ofert kulinarnych. Od przebogatej, dostępnej dla wszystkich po perwersyjną, przeznaczoną dla najbogatszych. Stek z zebry w karcie dobrej restauracji nikogo nie powinien w Chinach dziwić, ale danie przyrządzane z poaborcyjnych szczątków? Uniwersalizm w poszukiwaniu egzotycznej adrenaliny w czystym wydaniu nie zna granic. W prowincji Guangdong, w zakamuflowanych rewirach restauracji dla najbogatszych a zarazem najwykwintniejszych smakoszy, na których pasztet z wątroby hipopotama nie robi już wrażenia, tego rodzaju uczty mają miejsce.
    Chcąc ułatwić chińskim odbiorcom muzyki dostęp do swojej głowy, a sobie do ich emocji zdecydowałem się poznać niezbędny leksykon mandaryńskiego by następnie wejść w zakamary jego składni. Bardzo pochłaniające to zajęcie. Najwięcej pochłania czasu, ale Chiny są tego warte. Poza tym przyjemność płynąca z samodzielnego wysyłania komunikatów w językach „egzotycznych” ma w sobie coś z atmosfery kontaktu z istotami pozaziemskimi, w którą tak pięknie wprowadza literatura science fiction, a ja uwielbiam science fiction. 
Jeżeli gdziekolwiek w dzisiejszym świecie rzeczywistość ma szansę upodobnić się do obrazów ze świata opisywanego przez autorów - futurystów, to właśnie w Chinach. Zahipnotyzowane, bezimienne masy ludzi ocierających się o siebie na każdym kroku bez śladu narzekań na brak machinalnego „przepraszam”. Smog, w którym tonie siedemdziesięciomilionowa aglomeracja Pekinu. Architektura epoki chińskiego, gospodarczego bumu. Lasy wznoszących się ku górze drapaczy chmur… Rosną w takim tempie, jakby natura nepotycznie faworyzowała ekosystemy pozwalając na istnienie wydajniejszej alternatywy dla fotosyntezy. W prowincjonalnych miastach odpowiadających wielkością ćwiartce Warszawy, która tak szczyci się wianuszkiem biurowców otaczających Pałac Kultury, dziesiątki, setki wysokościowców pną się ku niebu jak grzyby po deszczu sterydów. Ten, kto brzydzi się przejawami bogactwa niech pobytem w Chinach wystawi swój masochizm na ostateczną próbę. Chiny są obrzydliwie bogate.
   Muzyka grana przez mój zespół czerpie swoje wpływy z jazzu, więc jej dominującym elementem jest improwizacja. Muzyka z amerykańskim rodowodem, grana przez Polaków dla azerbejdżańskich, zalaicyzowanych muzułmanów, czy dla chińskich, ateistycznych komuno-kapitalistów. Czy takie jest jej przeznaczenie? Pewne jest, że koncepcja ma się dobrze, bo wciąż ewoluuje. Jest pojemna, bo każda kultura może przeznaczyć dla niej skrawek intymności, w zaciszu której wyrasta osobiste poczucie prawdy. W jej ciszy rozpływają się bowiem statuty. W niedostępnych obszarach tej wewnętrznej samotni rozpadają się dogmaty…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz