Bangladesz 2023: 1. Rozkraczające się, sceniczne kuriozum

O ósmej rano, po nieprzespanej nocy, do Sajgonu wyruszam na skuterze. Czeka mnie trzysta kilometrów w szalonym ruchu, dwie noce w hotelu i dwa loty AirAsią. Zabieram ze sobą mały plecak (odrobina ciuchów, laptope, multiefekt z delayem i aparat w osobnej torbie). Taśma asfaltu ucieka mi spod kół, miarowo, we współdzielonym transie. Jestem zamyślony a jednak skupiony na jeździe. Ta koncentracja przypomina patrzenie kątem oka. Świadomość tego, co dzieje się dookoła bez skupiania się na tym, co widać. Unoszenie się w magnetycznym polu, na styku dwóch światów. Jeden domaga się uwagi, drugi ciągnie w stronę wspomnień, analiz i planów. 
Na jednym baku w dwie i pół godziny przejeżdżam sto sześćdziesiąt kilometrów. 
Zatrzymuję się na słodką bułkę i łyk wody. Dzień jest słoneczny i duszny. Brak wychładzającego pędu powietrza wymusza ucieczkę w cień. Do Sajgonu dojeżdżam w niecałych sześć godzin. Zatrzymuję się zawsze w tym samym hotelu. Niechęć do angażowania energii w obczajanie nowych miejsc odczytuję jako znak upływającego czasu. 
W środku nocy ze snu wyrywa mnie hałas dobiegający zza drzwi mojego pokoju. To koczujący tu od dawna, statystyczny Chińczyk właśnie urządza rytualne mycie naczyń w ceramicznym zlewie toalety w korytarzu. Jeżeli nie zginie w jakimś wypadku to pożyje długo. Nie myśli o tym, że się tłucze, że dookoła śpią ludzie. Pożyje, bo w ogóle o niczym nie myśli. 
Na tej szerokości geograficznej przez okrągły rok robi się jasno koło szóstej rano, a sporty najlepiej uprawiać o brzasku. Dwadzieścia pięć stopni w słońcu łypiącym zza horyzontu wabi ludzkie chmary do wczesnoporannych aktywności. To pora dnia, która sprzyja zanurzeniu się w tej szalonej, sajgońskiej rzece życia, odnowie relacji z tym co nieuniknione. 
Mnie podczas takich odnów nieodłącznie coś w głowie towarzyszy. Stan totalnej pustki umysłu?! Nie mam nawet pojęcia co to takiego. Biegnę a rwące do przodu myśli nakładają się na obrazy uciekającego w przeciwnym kierunku świata. Zawsze w tym samym nierozłącznym uścisku, niestrudzonym tańcu.  
Jestem pochłonięty robotą. Od ponad miesiąca moim litemotivem jest organizacją trasy po Chinach. Dzisiaj tłumaczę mojej chińskiej menadżerce, że granie po chińskich klubach to na dłuższą metę droga donikąd. Dlaczego? Bo to zajęcie męczące, czasochłonne, nieopłacalne i w efekcie mało satysfakcjonujące, poza tym większość tych klubów to zwykłe bary, gdzie klienta, co robi bydło stawia się ponad muzyką. Oczywiście wszędzie jest świetne nagłośnienie, światła, elegancki wystój, ale to nic innego jak pełne szyku mordownie. Do tego zrobienie siedmiu miast w trzy tygodnie oznacza podróże samolotami, pociągami i taksówkami. Dni mijają na przemierzaniu szalonych dystansów a godziny na przebijaniu się przez korki wielomilionowych molochów. Poza tym granie za bilety to zawsze loteria. Nie ma w Chinach miejsca dla białych, rozpieszczonych wysokimi stawkami zachodnich zespołów, wokół których najbardziej znane wytwórnie narobiły szumu, żeby teraz sprzedawać je organizatorom-frajerom za krocie. Chińskie kluby płacą z tego co zarabiają na biletach i barze, bo nikt do sztuki nie dokłada, traktując ją jako równoprawny element kapitalistycznego układu. Poza tym ceny klubowych rozrywek mają swoje granice wyznaczone działaniem zdrowego rozsądku, co zniechęca do pracy w Chinach zespoły przywykłe do stawek możliwych tylko w Europejskich socjalizmach. Poza tym chińska publiczność z reguły nie angażuje się zbyt długo w okazywanie szacunku dla tego, co właśnie dzieje się na scenie. Ich uwaga wrze w pierwszych minutach koncertu. Wtedy to powodowani głębokim zdumieniem, dokumentują sceniczne dziwy przy pomocy kamer jednego z dwóch lub trzech nieodłącznie towarzyszących im telefonów. Zarejestrowawszy to rozkraczające się przed ich oczami sceniczne kuriozum, Chińczycy oddają się rozmowom, przyznając muzyce rolę eleganckiego tła, bo za to właściwie płacą. Twórcy tego tła i to, w jaki sposób ono się tworzy nie ma już dla nich większego znaczenia. Tę i wiele innych kwestii roztrząsam z myślą o Lannie w mailu, który wystukuję na klawiaturze laptopa z baru sajgońskiego lotniska. Jestem podniecony perspektywami i tą pierwszą podróżą do Dhaki. Gdzieś w połowie drogi do Bangkoku, z półsnu wyrywa mnie nagła myśl. Pod stołem lotniskowego baru zostawiłem aparat z obiektywami...
Przy zakupie najtańszych biletów miejsca przydzielane są z automatu, a więc jak zwykle pomiędzy dwoma innymi pasażerami. Starsza para Francuzów szarpie się z bagażami u progu małżeńskiej kłótni. Mężczyzna spogląda na mnie i pyta czy mówię po francusku. 
- Dlaczego maiłbym znać francuski - pytam, choć znam francuski. Wielu Francuzów, których napotkam w dalekiej podróży wciąż żyje iluzją, że oto świat nadal posługuje się ich językiem a prawdopodobieństwo, że nawet tam, u kresu dróg będą mogli poczuć się jak u siebie w domu uważają za graniczące z pewnością. To iluzja rozpamiętująca wielką, kolonialną przeszłość i nawiązująca do wręcz patologicznej dumy narodowej. Na lotniskach Azji południowo-Wschodniej kręcą się niezliczone hordy Chińczyków. Ci natomiast płyną przez życie w przekonaniu, że przyszłość, która niewątpliwie może należeć do Chin dzieje się już tu i teraz. A więc nie bacząc na nic do wszystkich zwracają się po chińsku i oczekują zrozumienia a nawet reakcji. Towarzyszy im pewność, że chiński to już język światowy i następna po angielskim lingua franca. Podobne oczekiwania mają Rosjanie, szczególnie w kurortach gdzie ich pełno. Panoszą się swoją ruszczyzną i nie wyobrażają sobie, że taki Wietnamczyk czy Taj nie będzie ich w stanie zrozumieć. Oczekują zrozumienia, bo ruski to przecież język, którym mówi się w szesnastu krajach-byłych sowieckich republikach. Ale Rosjanie i Francuzi potrafią być niewidzialni. Chińczycy za to zawsze się wyróżniają. Są najgłośniejszą i najbardziej bezobciachową grupą w tłumie, nawet, gdyby tego nie chcieli.
Francuz, co koło mnie stoi, uśmiecha się i pyta, tym razem już po angielsku, czy się przesiądę, bo chciałby usiąść koło żony, na co ja odpowiadam, że nie ma problemu. Po francusku. Wciśnięty w klaustrofobiczny fotel pod oknem, w towarzystwie ruchliwego Hindusa, który co chwila sięga w stronę okna ponad moimi kolanami, żeby sfilmować mgłę i skrzydło, nadal myślę o Francuzach...
Ostatnio zorientowałem się, że ktoś mi konto przez kartę bankomatową skroił na dwieście Euro. Za kilka zakupów na Ali Express i jakąś usługę AI zapłacił. Do tego dzisiaj ten aparat... 
W Wietnamie mówią, że lepiej karmę obłaskawiać utratą cennych rzeczy niż się jej opłacać nieodwracalnym uszczerbkiem na zdrowiu. W tej ludowej mądrości będę starał się szukać pociechy. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wietnam 2024: Szlakiem opustoszałych hoteli

Wietnam 2024: Trucizna ostatnich chwil

Bangladesz 2023: 7 Odporność szczura