Bangladesz 2023: 5. Majątek osobisty, sponsorzy, wpływy i liczne koneksje

Od samego rana obchodzę dzielnicę. Idę do tej główniejszej drogi, po której jeżdżą ryksze i trzykołowe motory przysposobione do przewozu dwóch pasażerów lub jednego, rozmiaru XXL. Zatrzymuję się na herbatę i ciastko. Herbaciarnie to sklecone z drewna prowizoryczne stragany z obowiązkowym daszkiem i chybotliwą ławeczką. Tuż obok lady, która jest głównym stanowiskiem pracy herbaciarza, na wiecznym płomieniu agresywnie grzejącej kuchenki gazowej, w olbrzymim aluminiowym czajniku non stop wrze woda.  Proces przygotowania herbaty, do której wrzuca się krojony na pociemniałej, zawilgoconej desce imbir wygląda niechlujnie i jest daleki od zachodnich standardów pojmowania tego, co higieniczne. Wszyscy jednak to piją, więc i ja bez większych oporów do nich dołączam. Po mikro szklaneczce herbaty czas na dominralizowanie się kokosem. Kokosy są tu dwa do trzech razy droższe niż te, którymi co rano raczę się na targowisku w Sajgonie. 
- Nie ma większej różnicy - Nahid porównuje muzułmańską Dhakę do hinduskiej Kalkuty. Tam również mówią po bengalsku, koszt litra benzyny to też ponad dolar, ale w odróżnieniu od świń w Kalkucie nie jada się krów
Na początku wierzę, że straganiarze chcą mnie na kokosach kroić, bo jestem przyjezdny. Szybko zauważam, że ceny wszędzie są tak samo wysokie. Do centrum tej ponad dwudziestodwumilionowej aglomeracji, co czyni Dhakę jednym z największych megamiast świata, trzeba w niekończących się korkach przetransportować towar ciężki i pokaźnych rozmiarów a paliwo jest tu droższe niż w Azji Południowo-Wschodniej.
Dzisiaj, podczas porannego mineralizowania się kokosem podchodzi do mnie mężczyzna. Stoi młody, niski, umorusany i patrzy. Jego spojrzenia są nieśmiałe. Umiejscowił się przecież metr ode mnie, ale jego ciekawość jest silniejsza o zażenowania. Przygląda się mojej brodzie, szortom, trampkom. Wszystko we mnie musi wydawać mu się takie nowe. Szybko przyzwyczajam się do zainteresowania, jakie wzbudza tu obcokrajowiec i nie tylko wśród żebraków.
Pod stacją kolejki nadziemnej zatrzymują się miejskie autobusy. Poobijane jakby ktoś wyklepał je młotkiem, oskrobane od przeciskania się na styk pomiędzy innymi autobusami, przystają tu na kilka sekund. Wtedy to wyskakują z nich pasażerowie robiąc miejsce dla wskakujących, a ponaglają ich do tego pokrzykujący w drzwiach bileterzy. Tam znajduję cukiernię. Wypieki - owale o zróżnicowanym kształcie i rozmiarze, zatapia się w słodkim syropie, którym nasiąkają jak gąbki. Z każdym kęsem sok cieknie po dłoniach jak z plastra miodu. Węglowodanową przyjemność pozostawiam sobie na później. Słodycze zjadam w łazience nad zlewem. 
Po południu Imran zabiera mnie na północ Dhaki. Jedziemy owym trójkołowym motorem. To specjalnie przygotowana do transportu, metalowa klatka - ciasna i klaustrofobiczna. Kolana niemalże sięgają metalowej kraty strzegącej kierowcę przez potencjalnym klientem- złoczyńcą. Okna po bokach to również kraty - przedłużenie wąskich drzwi z żywej stali pomalowanej ciemnozieloną farbą. Drzwi zamykane są na metalowy rygiel, w razie potrzeby na kłódkę. Rygle skrzypią rezonując wysokimi tonami z metalową konstrukcją kabiny boleśnie. Rygiel po lewej stronie kontrolują pasażerowie. To on ma ich ocalić podczas ucieczki z chybotliwej maszyny w razie wypadku, przy założeniu że ta nie padnie na lewy bok. Rygiel po prawej (ruch jest tu lewostronny) kontrolowany jest przez kierowcę. Krata oddzielająca go od pasażerów uniemożliwia, w razie potrzeby, samodzielne otwarcie drugich drzwi. Z każdym kilometrem widać jak zmienia się krajobraz miasta. Jedziemy wzdłuż kanału przypominającego jezioro, ulicami z których zniknęły wszystkie ryksze. Imran tłumaczy, że służą tylko do poruszania się po bocznych ulicach i dzielnicach niedostępnych dla głównych trakcji komunikacyjnych. Z uwagi na ogrom tego miasta, ryksze nie obsługują dalekich kursów. Siedząc w zamkniętej klatce, która sama teraz utknęła w korku i od kilkunastu minut nie porusza się ani o centymetr rozmawiamy z Imranem o wszystkim, co wzbudza kontrowersje: narkotykach, korupcji, wpływach armii i jej relacji z politykami, nadchodzących wyborach, biedocie i bogactwie lokalnej garstki prominentów. Jesteśmy w dzielnicy zamieszkałej przez ludzi z najgrubszym portfelem. Pełno tu cukierni z urodzinowymi tortami, kawiarni, gdzie serwuje się cappuccino i brownie, sklepów z zachodnimi ciuchami, ambasad. Nowoczesna architektura siedzib dużych, międzynarodowych firm, imponuje nowatorstwem pomysłów wyróżniając się na tle ogołoconych z jakichkolwiek znamion urody, typowych dla tego miasta prowizorycznych i szaroburych zabudowań. 
Na końcu zadrzewionej alei, w sąsiedztwie kilku ambasad oraz piętrowca, który niespodziewanie wyrósł i teraz setką balkonów próbuje przez gęste konary dorodnych drzew dopatrzyć się co takiego się dzieje poniżej, na terenie ogrodzonej wysokim murem posesji, znajduje się cel naszej podróży. Stalową bramę otwiera nam umundurowany, uzbrojony strażnik. Jesteśmy umówieni, więc od razu nas wpuszcza. Pod dachem swego rodzaju portierni kilku służących stroni od słońca. Przed domem - imponującym parterowcem z podjazdem dla dwóch samochodów zadaszonym na wypadek deszczu czeka już nasz gospodarz - Wujek. Ten posiwiały mężczyzna koło siedemdziesiątki wita nas osobiście przed drzwiami posesji. Nie stwarza dystansu. Zachowuje się bezpretensjonalnie. Zaprasza nas w gościnę po czym osobiście przeprowadza przez ciąg pokoi zdobnych w gustownie rzeźbione acz funkcjonalne meble z pociemniałego drewna, obrazy, niewielkie rzeźby, wysmakowane, drobne gadżety - ni to ozdoby ni to przydatne elementy wyposażenia tego uporządkowanego wolą i zwyczajami zamożnego pana domu.
W olbrzymim pokoju gościnnym wita nas odziana w sari asystentka Wujka - urodziwa, zaokrąglona na twarzy kobieta u progu trzeciej fazy życia. Usadawiamy się dość daleko od siebie na osobnych sofach. Służący wnoszą sok z arbuza schłodzony kostkami lodu oraz mięsno-owocowe przekąski. Imran dość ogólnikowo przedstawił mi cel naszej wizyty i dopiero w trakcie spotkania zaczynam rozumieć po co tu przyjechaliśmy. Wujek jest dilerem sztuki, stąd te ściany ciasno obłożone obrazami. Ich styl kontrastuje ze sobą, za to ramy są zrobione na tę samą modłę. Najnowszy projekt Wujka - wielbiciela i mecenasa muzyki, ma na celu założenie konserwatorium, gdzie będzie się wykładać muzykę zachodu a festiwal Voicingers ma mu w tym pomóc. 
Ustaliwszy plan działania na najbliższe miesiące opuszczamy rezydencję w optymistycznych nastrojach. Wujek na drogę powrotną do domu oferuje nam swój samochód z kierowcą. Ofertę przyjmujemy z wdzięcznością a on, gestem typowym dla relacji pomiędzy panem a sługą, mobilizuje kierowcę do natychmiastowego przygotowania wozu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wietnam 2024: Szlakiem opustoszałych hoteli

Wietnam 2024: Trucizna ostatnich chwil

Bangladesz 2023: 7 Odporność szczura