wtorek, 2 maja 2023

Bangladzesz 2023: 3. Zrównoważenie biedy

Noc kończy się szybko a poranek dłuży w nieskończoność. Karty sim w głównych miastach Chin czy Wietnamu kupuje się na lotnisku. Naganiacze gestem przypominającym zachodnie "spierdalaj" - wykonuje się go ruchem do siebie a nie od siebie - zachęcają do zakupu tego pierwszego, najbardziej podstawowego towaru, od którego w epoce dataizmu zaczyna się każda, wymagająca paszportu wizyta w obcym kraju. 
Bangladesz rzadko bywa celem turystów udających się do Azji. Tych, co poszukują wygód i luksusów odstrasza brud, nadmiar biurokracji, niedorozwój infrastruktury, szaleństwo korków, miernota dróg, zrównoważenie biedy oraz upór przestępczości i podążającej w ślad za nią korupcji. Oto powszechnie powielany, domagający się weryfikacji wizerunek kraju, w którym karty sim na lotnisku kupić nie można. Nie mam też miejscowych pieniędzy. Imran obiecał, że wpadnie z samego rana pomóc mi rozeznać się w nowej sytuacji. Przychodzi po dwunastej. W miasto wyruszamy rykszą. 
Ryksze to plaga Dhaki. To jej miażdżyca i permanentny zawał. Dystans, który moglibyśmy przejść w piętnaście minut pieszo, pokonujemy w pół godziny. Na wysiadywaniu w palącym słońcu na twardej ławeczce pojazdu napędzanego siłą mięśni rachitycznego mężczyzny spędzamy prawie całą podróż. Tam gdzie w Wietnamie poruszają się motocykle a w Chinach samochody, tu dominują powolne ryksze. Samochody usidlone ospałością tempa trzykołowców napędzanych pedałowo bez przerzutek bezskutecznie próbują pomiędzy nimi lawirować. W tym natłoku podaży zawsze i od razu znajdzie się wolny rykszarz. Podczas jednej szychty wykona osiem do dwunastu takich kursów, za które przy dobrej passie zarobi pięć do ośmiu dolarów dziennie. Średnia krajowa ludzi najciężej pracujących zdaje się nie przekraczać tu stu pięćdziesięciu dolarów miesięcznie...
Miejscowe targowisko ukrywa się przed słońcem w parterowych labiryntach wysokich kamienic centrum miasta. Pełno tu jadłodajni serwujących ryż i curry oraz mini cukierenek, których produkty stężeniem cukru na drobny kęs łakocia mogą konsumenta nie przyzwyczajonego do południowoazjatyckiego stylu dogadzania sobie węglowodanem przyprawić o mdłości. W jednym z korytarzy wiodących w głąb mrocznej plątaniny targowych stoisk znajdujemy handlarza usługami sim. Prowizoryczne budki, nisze, zagłębienia służące za stoiska usługowe nie zdradzają ich prawdziwego potencjału. Na blacie szklanej gabloty, eksponującej używane telefony szybko ląduje czytnik odcisków palców. Podłączony kablem do telefonu służącego za pełnofunkcjonalny mikro-laptop przesyła do sieci skan obydwu palców wskazujących klienta. Cała operacja zajmuje kilka minut i kosztuje mniej niż dolara. W zamian dostaję zarejestrowaną na Imrana kartę i pięć gigabajtów Internetu. Będę z niej korzystał aż do wyczerpania danych. 
Bangladesz to jeden z tych krajów, gdzie biały człowiek wzbudza nieustanne zainteresowanie. Każde spojrzenie w stronę grupki przechodniów, nawet od niechcenia lub przelotne, pobudza kogoś do uwagi przeciągłej, ciekawskiej. Nie jest to jednak ten rodzaj niepokojącego zainteresowania. Czuć w nim jakąś niewinną ciekawość, skromną życzliwość - coś, czego nie czułem podczas samotnych wędrówek po Algierze, gdzie turyści to hipnotyzująca swą rzadkością atrakcja. Z jego krętych zakamarków przyglądały mi się niemożliwe do rozczytania,  kamienne twarze.
Na lancz Imran zabiera mnie do rodzinnego mieszkania. W jego trzech pokojach mieszkają matka, jej dwie córki i syn czyli sam Imran. Mieszkanie jest jasne, okna pootwierane na przestrzał. Olbrzymie, sufitowe wentylatory skutecznie rozpraszają nieznośny efekt narastającego upału. Rozmawiam z najstarszą córką - dużo mówi, ale nie stroni od słuchania, a potem z matką: słucha z zainteresowaniem, choć trudno powiedzieć co ją skłania do uwagi: treść rozmowy czy ogólna aura nowego bytu, co zrządzeniem wszechświata na chwilę wypełnił jej własny, niezmienny i może jednostajny kąt. Tydzień temu straciła męża. Umarł znienacka, we śnie. Cała rodzina wciąż próbuje sobie z tym na różne sposoby radzić. W ich zachowaniu nie widać jednak oznak żałoby - bólu, braku pogodzenia. Są pogodni, serdeczni, spokojni
Powrotna podróż rykszą trwa znacznie krócej. W chodnikowej herbaciarni spotykamy Nahida - dźwiękowca, który będzie odpowiadał za brzmienie wieczornego koncertu. Ciekawość obchodów Światowego Dnia Jazzu to jeden z powodów, dla którego znalazłem się w Dhace. Herbatę pija się tu w stylu arabskim, z małych szklaneczek w kształcie hiperboloidy obrotowej, skręconej z umiarem. Można sobie zażyczyć z dużą ilością cukru lub z dodatkiem mleka. Jest też kawa i chuda ławeczka pod ścianą, na której tuż za moimi plecami powieszono niewielki plakat. Mężczyzna koło pięćdziesiątki leży nieprzytomny na szpitalnym łóżku. Jego zmasakrowane wskutek wypadku nogi i twarz przyprawiają o dreszcz egoistycznej autoempatii. W dolnej części plakatu, horyzontalnie umieszczono pięć portretowych fotografii. Wisielcze pętle oplatają szyję ściganych jakimś prawem nieszczęśników, a plakat nawołuje do wykonania na nich wyroku śmierci. 
Nahid przyjeżdża odebrać mnie z hotelu swoim motorem. Do oddalonego o kilka kilometrów klubu, tam, gdzie wieczorem odbędzie się świąteczne muzykowanie, jedziemy przeciskając się pomiędzy rykszami, ciężarówkami i innymi motorami, po azjatycku, kluczymy po krętych ulicach dzielnicy, w której na próżno szukać jakiegoś punktu orientacyjnego o centralnym znaczeniu. Stare kamienice mieszają się z parterowcami i blokami mieszkalnymi. Pośród nich, niejednokrotnie szarością betonowej pustki zieją szkielety deweloperskich niewypałów. Uczestnictwem w ruchu drogowym rządzą tu podobne do wietnamskich prawa anarchii czyli wszyscy uważają na wszystkich. Im większa koncentracja tym większa szansa na to, że kolejny dzień minie bez urazów. Jedziemy powoli, bo inaczej się nieda, więc Nahid opowiada. Bangladesz, to typowy importer, którego funkcjonowanie zależy od chińskiej taniochy. Nie ma tu naturalnych bogactw za to sporo japońskich inwestycji. Nahid biadoli nad nieodwracalnością skutków korupcji, chwali system edukacji. W Bangladeszu nie jest ona obowiązkowa. Dzieci też muszą pracować. Aby nie padały ofiarą analfabetyzmu-konsekwencji egzystencjalnych wyborów lokalnej biedoty, władze starają się zachęcać rodziców do kształcenia swoich dzieci. Jak? Edukacja chłopców jest tu przez pierwsze pięć, a dziewcząt przez pierwsze dziesięć klas bezpłatna. Nie trudno wyliczyć, że koszt kształcenia pięciorga chłopców może przez kilka lat pochłonąć trzecią część dochodów utrzymującego rodzinę mężczyzny.  
Klub powoli wypełnia się po brzegi. Uwagę moją przykuwa uroda tych ludzi. Kobiety o ostrych wyrazistych, nieco męskich rysach, dużych, szeroko rozstawionych oczach i pełnych ustach oraz mężczyźni, nieco kobiecy, długowłosi, wysocy, szczupli, ciemnoskórzy - żywe archetypy skorygowanych wyobrażeń na temat wyglądu samego Jezusa Chrystusa.
Wieczór wychładza atmosferę, która w klubie przybiera na wilgotności wskutek działania lokalnego wynalazku. Wiatraki wypychają w przestrzeń rozpyloną wodę. Wychłodzona kostkami lodu mgiełka przynosi chwilową ulgę podnosząc w efekcie poziom duchoty, którą w ten spiralny sposób próbuje się niwelować. 
Bangladeski jazz to raczkujące dziecko - chętne, jak to dzieci, do zabawy, wyjątkowo pełne zapału do nauki. Prezentacja muzyki zaplanowana na dzisiejszy wieczór w formie koncertu, w którym uczestniczy kilka zespołów szybko zmienia się w jam session z ponad półgodzinną przerwą na wieczorną modlitwę w pobliskim meczecie. Publiczność cierpliwie i wiernie jak psy waruje na klęczkach pod sceną w oczekiwaniu na wznowienie koncertu. Raczkujące dziecko bangladeskiego jazzu wciąż nie panuje nad formami utworów i dramaturgią koncertu. Braki nadrabia zapałem do grania, czemu sprzyja przychylność słuchaczy żądnych nowości. Zmęczeni nieprzejednaniem wymogów muzułmańskiej tradycji chcą już wytchnienia. Chcą słuchać nowej muzyki, palić jointy i popijać to co w oczach islamu jest haram - to co z angielskiego czyni harm. Na razie palą w zamkniętych na kłódkę kanciapach, ale młode pokolenie z dużych miast już się przygotowuje do ich otwarcia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz