Bangladesz 2023: 7 Odporność szczura

Spośród licznych megamiast, przez które przewinąłem się w podróży za chlebem, Dhaka oferuje mi wgląd w zupełnie nowe doświadczenie życia w wielkim mieście.
Jej historia jako osady sięga zaledwie pierwszego tysiąclecia po Chrystusie. Na początku siedemnastego wieku, wraz z uzyskaniem statusu stolicy Bengalu podlegającego władzy muzułmańskiego Państwa Mogołów, które przez czterysta lat kontrolowało większość terenów Azji Południowej, rozpoczyna się historia Dhaki jako ośrodka miejskiego. Produkcja muślinu przez tutejsze manufaktury - jej skala zwiastująca nadejście rewolucji przemysłowej uczyniła z Dhaki jedno z najzamożniejszych miast ówczesnego świata. W skład jego elit wchodzili potomkowie samych władców Mugalu, a splendor, jakim miasto otaczało swoich mieszkańców przyciągało handlowców z najodleglejszych zakątków Azji i Europy, którzy chętnie się tu osiedlali. Czas prosperity Jahangirnagaru - taką bowiem nazwę nosiła w owym czasie Dhaka, przypadł na siedemnasty i osiemnasty wiek, kiedy miasto odgrywało rolę największego w regionie Zatoki Bengalskiej portu rzecznego i morskiego. Wschodni Bengal karmił Indie ryżem, zaspokajając jednocześnie trzecią część zapotrzebowania Europy na import towarów z Azji. Elity rządzące nadały mu prawdziwie imperialny charakter, by zaświadczyć o jego bogactwie i roli,  jaką miasto odgrywało w światowej sieci handlu. Jak grzyby po deszczu wyrastały meczety, pałace, ogrody, fortyfikacje. Wtedy to Dhaka zyskała sobie przydomek Wenecji Wschodu. Wraz z nadejściem brytyjskiej władzy kolonialnej miasto zelektryfikowano. Zmodernizowano też narzędzia kolonialnego wyzysku budując linie kolejową łączącą Bengal z resztą Indii. W 1947, wraz z upadkiem imperium brytyjskiego, Dhaka uzyskała status stolicy Pakistanu Wschodniego, w której władzę w imieniu rządu w Karachi, siłą i w języku Urdu sprawowała pakistańska armia. W 1971 roku ulice Dhaki spłynęły krwią walczących o niepodległość Banglijczyków przeciwko żołnierzom broniącym sfabrykowanej jedności Pakistanu. 1975 rok zapoczątkował ponad dziesięcioletni okres przewrotów wojskowych. Podczas pierwszego z nich lider nacjonalistów i przywódca nowoutworzonej, Ludowej Republiki Bangladeszu - Sheikh  Mujib, którego podobizny widnieją dziś na wszystkich banknotach, został wraz z rodziną zamordowany w pałacu prezydenckim. Jego ocalała córka - Sheikh Hasina pełni obecnie funkcję premiera Bangladeszu.
fot. IG @karnasphoto
Ula mieszka tu
 od trzech lat i pracuje dla Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych. Jest nauczycielką nauczania początkowego w szkole dla dzieci miejscowych oligarchów. Wysokość czesnego to trzydzieści tysięcy dolarów rocznie, mimo to szkoła określa się jako organizację non profit. Non profit?! Co prawda dochody z działalności tych rozsianych po całym świecie szkół amerykański departament stanu przeznacza na wypłacanie wysokich honorariów swoim pieczołowicie wyselekcjonowanym pracownikom, zapewnianie im wysokiego standardu życia oraz na inwestycje w rozbudowę tego samofinasującego się mechanizmu wchodzenia do głów dzieciom światowych elit i to za ich własne pieniądze, jednak to amerykanizacja spadkobierców wielkich fortun oraz politycznych wpływów jest jego głównym celem i profitem - niewspółmiernie większym żniwem od dochodów z jakiegoś tam czesnego. A więc polityczne potęgi metodycznie pętają bogatym głowy swoimi ideologiami - system edukacji państwowej nie daje tu zamożnym szans na dobre wykształcenie, zaś wielkie korporacje metodycznie pilnują, żeby biedni nadal żyli w biedzie - w kraju, gdzie czwarta część populacji to analfabeci, niewolnicza praca w przemyśle tekstylnym jest jedyną alternatywą na nieznaczne polepszenie sobie warunków życia.
Do Starej Dhaki jedziemy samochodem sponsorowanym przez departament stanu, który w ramach wynagrodzenia zapewnia Uli również wytworny apartament w nauczycielskim kampusie usytuowanym nieopodal  zabudowań szkoły. Samochód oczywiście z szoferem. Bangladesz to muzułmański kraj i choć doktryna islamu naucza o równości wszystkich jego wyznawców, hierarchizacja społeczeństwa wielkich Indii w wyniku tysięcy lat istnienia kast i ich wpływu na relacje międzyludzkie sprawia, że szofer wciąż płaszczy się przed Ulą i gardzi pieszym.
Dwa i pół kilometra spod mojego hotelu do centrum Starej Dhaki pokonujemy w niecałe pół godziny. To dlatego, że dzisiaj obchodzi się tu jakieś święto, więc na ulicach podobno nie ma korków. 
Przestronny samochód pachnie świeżością. Klimatyzator chłodzi i osusza  powietrze lepkie od wczorajszego deszczu oraz ogólnego poziomu wilgotności, typowego dla tego typu geografii. Bangladesz to przecież jedna wielka delta. Od wschodu łączy się z nią Ganges, który przekraczając granicę zmienia swoją tożsamość i już dalej nazywa się Padmą. Od północnego zachodu deltę zasila Brahmaputra. Wraz z jej dopływem Padmą i setkami pomniejszych odnóg tworzą największą deltę na świecie.
Pomimo rzekomego święta, a może z jego powodu ulice Starej Dhaki tętnią. Takiej intensywności przejawów życia ulicznego na próżno szukać w miastach Europy. Wszyscy uczestnicy ruchu, ludzie i pojazdy niemal ocierają się o siebie. Nawet stanie w korkach ujawnia jakąś płynność ruchu. Korzystając z wymuszonych chwil przestoju niepowstrzymany napór pieszych i ryksz, toruje sobie drogę we wszystkich możliwych kierunkach przeciekając przez nieszczelności tych niekończących się kawalkad, co głównymi arteriami prą do przodu. Jedynym gwarantem bezpieczeństwa na tutejszych drogach jest zdecydowane uczestnictwo w ruchu. Pędząca klatko-taksówka nie zwalnia na widok tragarza obładowanego stosem towarów, które ten niesie na głowie. On też nie przyśpiesza ani się nie zatrzymuje, bowiem taksówka i tragarz uczestniczą w tym samym tańcu. Tempo, w jakim będą poruszać się po drodze wymaga zmysłu nietoperza - umiejętnej analizy tysięcy sygnałów wysyłanych przez setki klaksonów. To one informują o nadjeżdżającym pojeździe, o jego odległości, tempie zbliżania się a nawet miejscu przecięcia się planowanej trajektorii podczas poruszania się do przodu. Z tego powodu sygnały ostrzegawcze wysyła się całymi seriami. 
Śmietniska - urobek codziennego obierania owoców, oskubywania zwierząt, pozbywania się plastikowych opakowań całymi górami zalega na głównych skrzyżowaniach, na deptakach wzdłuż rzeki, na której północnym brzegu wyrosła dawna stolica Bengalu.
Buriganga to rzeka ściek. Każdego dnia miejscowe fabryki, manufaktury, gospodarstwa domowe, młyny, szpitale odprowadzają do jej nurtów niemal pięć ton plastiku, gnijących odpadów, odchodów i zwierzęcego truchła oraz piętnaście milionów litrów toksycznych chemikaliów. Czwarta część populacji miasta cierpi w wyniku zatrucia tą poczerniałą od trucizny wodą. 
Stara Dhaka nie zachowała nic z dawnego splendoru. Warunki panujące w tym portowym mieście są dokładną inwersją wyobrażeń o bogactwie i prospericie oraz tym, co przedsiębiorczy przodkowie pokoleniom z dalekiej przyszłości zamierzali pozostawić po sobie w spadku
Dzisiejsza Dhaka, to obraz miasta w rozkładzie. Poczerniałe nory manufaktur rozświetlone zimnym światłem ledowych żarówek, smrodliwe kanały, lepkie stoły poczerniałych jadłodajni, w których ludzie o układach odpornościowych szczurów poczerniałymi rękami wpychają do ust swoje dzienne porcje ryżowej ciapy. To musi odstraszać przyjezdnych, bo Banglijczycy są ich tak bardzo ciekawi. Podczas piątego dnia wędrówek przez miasto nie spotykam białej duszy. Stąd te nieustanne pytania
- You what kandy?
Ula tłumaczy, że kandy to country.
- Polanteke - odpowiadam, bo to jedno z dwóch słów, które dotychczas zapamiętałem.
Ulice starej Dhaki są wilgotne. Słodkie opary unoszą się ze ścieków płynących w otwartej na widok przechodniów kanalizacji, biją nozdrza słodyczą fermentacji świeżo usypanych stert odpadków. Ulice są ciasne zabudową. Pamiętają czasy imperium Brytyjczyków, niektóre z nich okres ekspansji Kompanii Wschodnioindyjskiej. Ta z błogosławieństwem Elżbiety I, przez następne czterysta pięćdziesiąt lat łupiła Południową i Południowo Wschodnią Azję, budując bezkonkurencyjną dziś potęgę brytyjskiego socjalizmu.
Zadziwiające, że każda z tych wnęk, każdy korytarz, budynek czy skrawek ziemi tworzących ten pozorny chaos, są gdzieś komuś przyporządkowane, zapisane, oddane na własność.
W drodze powrotnej od straganiarza nad rzeką kupuję dwa granaty. Sprzedawca nie wie jak je wycenić. Sprzedaje chyba tylko na kilogramy. Na zbiegowisko nie trzeba tu długo czekać. Teraz całe konsylium doradza mu jak sobie poradzić. Prowadzą debatę, po czym wspólnie orzekają werdykt - cenę moich dwóch granatów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wietnam 2024: Szlakiem opustoszałych hoteli

Wietnam 2024: Trucizna ostatnich chwil