środa, 3 maja 2023

Bangladesz 4: Niczym w bańce mydlanej

Royal Inn Hotel, w którym umieścili mnie moi gospodarze, mieści się podobno w centrum miasta. Jednorodność architektury tego centrum zdaje się wykraczać daleko poza jego granice sprawiając, że trudno się zorientować czy to już nie czy jeszcze tak. 
W bezpośrednim sąsiedztwie Royal Hotel Inn sklepów brak. Za to można iść na wprost, koło targowiska wyrastającego w godzinach porannej ciepłoty wzdłuż murów alejki wciśniętej pomiędzy dwa bloki mieszkalne. Wykopy ujawniające przebitą rurę, w której kiśnie czarna jak atrament woda ściekowa, tworzą zapachową aurę. W jej wnętrzu, niczym w bańce mydlanej handluje się mięsem i owocami. Tuż obok pod olbrzymimi niby pokrywkami z drucianej siatki gnieżdżą się kury. Po przeciwległych stronach drewnianej deski siedzą w kucki rzeźnik i jego pomagier. Ten pierwszy ewidentnie tępym nożem piłuje szyję jednej z kur. Krew rozlewa się kałużą po wypalonym słońcem, pylistym klepisku zmieniając je w krwiste błoto. Ten drugi rękami utaplanymi po łokcie na wpół zaschniętą krwią niezdarnie wyskubuje pióra z dogorywającego zwierzęcia. Na sucho... 
Można też pójść w lewo, zagruzowaną uliczką. Tam, gdzie krzyżuje się ona z nieco większą ulicą, handel odbywa się w ciągu wnęk, w których jak zwykle rozlewa się herbatę, podtrzymuje temperaturę fasolowych papek o niezmiennie żółtawym kolorze, zapowiadającym pikantną naturę strawy, piecze podpłomyki w cenie dziesięciu lokalnych za sztukę. 
Można też iść w prawo. Tam mija się niewielki postój ryksz barwnie prezentujących się na tle ściany zatapetowanej afiszami. Stamtąd już tylko kawałek szybko do ulicy, która poprawnie tętni życiem. Nie ma tu koszy na śmieci, ale nie ma też śmieci pod nogami. Właściciele sklepów dbają, żeby ich porcje chodników były pozamiatane. Długo się waham gdzie. Ostatecznie plastikową butelkę po wodzie wrzucam do ciasnej wnęki pomiędzy dwoma budynkami. Tam wala się masa innych śmieci.
Naprzeciw hotelu stoi ściana. Codziennie tapetowana jest poranną prasą. Jeśli kto chce zaoszczędzić lub go nie stać na gazetę, może tu przystanąć i przeczesać na stojąco świeżutkie płachty gładko porozklejane na kilkunastu metrach kwadratowych.
- Trujące chemikalia dodatkiem do żywności dla dzieci - Imran tłumaczy tytuł artykułu donoszącego o zamknięciu bezdusznej fabryki przez policję czy jakichś inspektorów sanitarnych.
Przed samymi drzwiami hotelu wysiaduje stara kobieta. Kobietka to chyba lepsze określenie. Nie ma więcej niż metr dwadzieścia wzrostu. Łydki powyginane w kościach jak łuki gotowe do wystrzału na bardzo dużą odległość uniemożliwiają jej chodzenie. Macha na każdemu przywitanie i uśmiecha się. Tak wabi tych, co w udzielaniu jałmużny widzą szlachetny czyn lub tych, którym po prostu przykro na widok tak spektakularnego rodzaju kalectwa.
Tutejsi straganiarze też nie tracą czasu na owijanie w bawełnę. Ja pytam po ile bułka oni czy mam wizytówkę. 
-Wizytówkę?!
-My son - tłumaczy staragniarz - any Europe country collecting money. Help me!
Chwilę zajmuje mi, żeby zrozumieć przekaz. Już wiem! jego syn chce wyjechać do Europy, żeby zarobiać pieniądze a ja mam mu pomóc załatwić wizę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz